RSS
niedziela, 06 listopada 2011
czas

Poddałam się czasowi i teraz już nie umykają mi godziny, teraz gubię dni. Jest poniedziałek, i wtem pojawia się piątek znienacka. Był sierpień, a tu spogląda na mnie z kalendarza nieśmiało druga dekada listopada. Miałam dwadzieścia lat, a tu zaraz, o rany, kilka lat więcej, byłam w ciąży, a teraz wożę dwoje dzieci do szkół. Sama nie wiem...

Ale dziś ukąsił mnie komar. Oczywiście nie mam mu tego za złe, komar w listopadzie, toż to przecież sama radość, 17 stopni, ciepło ciepełko, kominek tylko pyka wieczorem, każdy ciepły dzień, to dzień wygrany zimie, słońce tę jesień jakoś oswaja.

Mam pilne zadanie do wykonania, deadline do kolejnej soboty, muszę napisać maleńki rozdzialik, taki tyci tycieńki, i kurza melodia (choć naprawdę chętnie użyłabym innego popularnego sformułowania) nie idzie mi zupełnie. Skoro jednak te kilka lat temu podjęłam te studia, to jakimś sposobem je chyba ukończę.

 

13:11, chud-sza
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 października 2011
niedzielnie

Piękna niedziela za nami, spędzona na targach hobbystycznych, na podziwianiu kolejowych miesteczek (dzieci) i dorosłych facetów (my), którzy całymi dniami pstrykają w miniaturowe zwrotnice i zapatrzeni w maleńkie wagoniki budują, malują, składają, stawiają i podziwiają. A na targach dopilnowują, by to działało. I pilnują, czy widownia jest kontenta... (stwierdziliśmy dziś, iż oni mają dwa równoległe życia, jedno za biurkiem, kółkiem, na boisku czy na ringu, gdziekolwiek, drugie przy kilkucalowych kolejkach, szybowcach, samochodach, drzewach, budynkach, tunelach. hobbyści). Nas zafascynowały gry planszowe, wypożyczyliśmy dixit, która nas pochłonęła na kilka dobrych chwil i zajmie nas zapewne na kilka wieczorów. No i WYGRALIŚMY w konkursie Pikinini, co nas tak ucieszyło, że skakaliśmy z radości!!!

a tymczasem u nas zbliża się lubilełusz, mój maleńki syneczek kończy pięć lat! Kiedy, ja pytam zasępiona, kiedy ten czas minął, dopiero spierał mi trzewia od wewnątrz, dopiero wyciskał mozolnie swe 3800g wąskim przesmykiem nad ranem, dopiero koiłam bóle porodowe w wielkiej wannie, w 200 litrach ciepłej wody, dopiero wysłuchiwałam utyskiwań położnej na temat zarobków w budżetówce i mego męża potakiwań, gdy ja wiłam się w bólach krzyżowych i skurczach partych. A teraz on, mój maleńki synek, wali mi, iż całowanie mamy w szkole to obciach! Wali mi, że mnie nie kocha (wyłaskocz mnie, mamo, nie koooochaaam cięęęęę, no dalej, wygiglaj mnie!!!), ogrywa mnie w rumikuba i doskonale się bawi hotłilsami, budując im tory, tunele i garaże. Jest bystry na te swoje całe pięć lat, tak twierdzą jego nauczyciele szkolni, jest przeuroczy w placówce, wszyscy go uwielbiają (o czym mówią głośno, donośnie i często), potrafi sobie ludzi oswoić i zjednać. Lubi szkołę (może bez ekscytacji), nie cierpi przedszkola, i chyba nie będzie go dobrze wspominać...jest radosny i ma świetne poczucie humoru. Uwielbia wzbudzać sobą zainteresowanie, czasem płaczem, czasem występem. Nie ma nadmiaru cierpliwości (ale kto w tym wieku ma?).

Fajny z niego dzieciak, naprawdę.

21:06, chud-sza
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 października 2011
gorączkowy okres

w tym tygodniu kwestia korków dotyczyła mnie wyłącznie teoretycznie, albowiem Zosia zapadła najpierw na chrypę, później na gorączkę, później na zapalenie krtanii, by znów zapaść na gorączkę do 39, która to łągodnie przeistoczyłą się w zapalenie oskrzeli. Zatem mój permanentny wkurwik przeniósł się z fotela kierowcy na miejsce tuż przy kanapie mamopodaj, mamoprzynieś, mamogorąco, mamozimno, mamonoooo.

i do tego, jako że jestem wybitnie niesubordynwanym klientem placówek zdrowia, nie posłuchałam lekarki w kwestii sterydów przy zaledwie zapaleniu krtanii, więc gdy poszłam zdiagnozować zapalenie oskrzeli dostałam antybiotyk, a ja wtedy zaledwie zaczęłam podawać wziewy, więc antybolu nie dałam, lekarka mnie nie będzie lubić, ale ja też jej nie lubię, skoro kilkanaście już razy zapisała antybiotyk, a ja go nie podałam i się udało jakoś wydobrzeć...

Zofia musi jeszcze pobyć w domu, więc nadciągają posiłki z południa, teściowa przybywa jutro, chatę doprowadzam do ładu, co proste nie jest, gdy mąż dłubie na dworze, dzieci porządkami niezainteresowane, a metraż nam się nieco powiększył (tylko nie myślcie, że żałuję).

czeka nas też wybór kompletu wypoczynkowego, co proste nie jest. Od przybytku ponoć głowa nie boli. Zobaczymy zatem.

Poszłabym do fryzjera. Odczarować zimę, która niespodziewanie wtargnęła zamieniając się miejscem z latem. Ech.

11:06, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 września 2011
makijaż a sprawa korków

Gdzieś tak na oko na początku września nabyłam drogą kupna chusteczki do demakijażu. Do dziś zostały użyte raz. Bynajmnie nie do higieny twarzy a wręcz przeciwnie - RĄK. I bynajmnie nie dlatego, iż używam mleczka, płynu micelarnego czy też innych fiksmatentów. Po prostu się nie maluję. To znaczy STOP, wróć, pomalowałam się raz, racja, i z lenistwa makijażu nie zmyłam, w efekcie czego rano o 6.03 gotowe miałam smokey eye, którego robić "normalnie" nie potrafię. Na makijaż rano czasu nie styka. Ledwo na krem starcza, coby sucha skóra nie ściągała zmarszczek do siebie tak dotkliwie.

Tymczasem moje miasto stoi korkiem, poproszę włodarzy o stosowne know how, jak przejechać 500m szybciej niż w 50 minut i nie spóźnić się do pracy/szkoły, którą cały czas ma się w zasięgu wzroku i nijak nie można się dostać, gdyż się tkwi? Jak zachować wtedy spokój, opanowanie i dobry humor? Jak nie warczeć na Bogu ducha winne dzieci na tylnej kanapie? Jak umknąć szlagowi, który trafia celnie?

My tu pitupitu, totolotek 50 milionów rzuca na pożarcie, a moje blogowanie zaliczy lada moment pietnastotysięcznego gościa (chociaż nie ogarniam statystyk i nie zgadzają mi się bloxowe ze statistic ani ani). Jedni mają taką czytalność w miesiąc, ja zyskuję po czterech i pół roku. Nie każdy może być, prawda, Coelho internetu. (i oddaliła się niespiesznie, pokasłując rytmicznie)

19:40, chud-sza
Link Komentarze (4) »
środa, 28 września 2011
stiranowana

Czaję się. Wychylam się raz po raz zza rozgrzanego kominka, by naklikać, i nijak mi nie idzie. Rozkoszuję się domem, nie mając chwili dla siebie, sprzątając, krzątając się, z miotełką w czterech literach, żeby nie uronić ani minuty. 

Nie mogę wyleczyć zaziębienia, mądrzy sugerują odpoczynek, ja nerwowo przytakuję, zastanawiając się, gdzie do kalendarza wcisnąć odpoczynek. Od piątku wracają studia, cieszę się naprawdę, że to ostatni rok, mam już dość, nie chcę pisać tej pracy, jestem zdemotywowana, albo - co bardziej prawdopodobne - zmęczona tym wszystkim, w czym od czterech lat uczestniczę. Korki mnie przerastają, nie mam jednak możliwości porzucienia czterech kółek, wczoraj wjechał we mnie tir niszcząc mi cały bok, wmawiając mi winę, a ja, w biegu między spotkaniem w pracy, z jednym dzieckiem w aucie, drugim stepującym w zamykanej za chwilę szkole, umiałam sobie wyobrazić godzinę, dwie, trzy oczekiwania na wymiar sprawiedliwości. A to dopiero wrzesień. 

Nie nadążam, a Wy?

Jedyne, co mnie cieszy, to aklimatyzacja dzieci w placówkach, Zosia uwielbia i chodziłaby nawet w weekendy, szalona, Frans nie aż tak entuzjastycznie, acz nie płacze już przynajmniej i idzie sam, nie targany za kaptur/rączkę/włosy/nogę/plecak. 

no to, khem, kawę wypiłam, internet przejrzałam, czas minął. Odkurzacz, szmata, szafy i po dzieci do szkół. Do pracy!

11:23, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 września 2011
prezentacja zmian

zaczęło się, jak już wspominałam, w niedzielę o siódmej. zakaszlał metalicznie, tego schorzenia nie da się nie rozpoznać. Powitaliśmy pierwsze tej jesieni podgłośniowe zapalenie krtani. Ale że chłopczyk zjadłszy loda wydał nam się okazem zdrowia, zakazaliśmy na wszelki wypadek większych wysiłków i miło spędzaliśmy czas (na sprzątaniu, porządkach, lekcjach, gotowaniu i innych radosnych czynnościach niedzielnych). Pogoda dopisywała, tryskaliśmy humorem, no sielanka. Fransik co jakiś czas kaszlał. 

Tydzień zaplanowany miałam dość szczegółowo: poniedziałek lekcja wiolonczeli, wtorek zebranie u mnie o 17 i u Franka o 17 (zaplanowałam posiąście zdolności bilokacji w te kilkanaście godzin), środa rada i wycieczka do muzeum, czwartek wiolonczela, joga i dentysta, piątek zgon. Bo mąż dziś o 5 rano wybył na "szkolenie", rozumiecie. Wraca jutro wieczorem.

Wieczorem, podczas snu Frans zaczął kaszleć, skończył gdzieś koło 6, żeby po prostu zacząć kaszleć będąc obudzonym. Mimo tego postanwiłam zawlec go do szkoły, bo nic go nie bolało, bez gorączki, humor nawet niezły jak na poniedziałek rano, po prostu kaszelek. Wyjechałam na sygnale o 6.55 (nie pytajcie, o której wstałam, a noc można podzielić na dwa etapy: zamartwianie się o kaszlącego syna i organizację najbliższych dób oraz śnienie o zamartwianiu się o wyżej wymienione kwestie, także efektywnie nie wypoczęłam), zawiozłam Zofię, ulokowałam w świetlicy z (surprise, surprise) wiolonczelą, której hurej nie zapomniałam, w biegu do samochodu, i na sygnale pod szkołę Fransa (mamusiu, niedobrze mi, synek jeszcze trochę, zaraz zwolnię, oddychaj głęboko, załóż kaptur, otwieram okno, włączam nawiew, mamuś niedobrze mi, synek patrz, nowa droga, jechałeś nią kiedyś, mamuś zaraz zwymiotuję, synek no proszę zaraz jesteśmy pod szkołą, tu mam zaparkować? bleeee), która to podróż zakończyła się wielobarwnym wielokrotnym pawiem na spodniach, kanapie, foteliku, fotelu, butach, dywaniku i okolicach. Nie zacytuję, co wyszeptałam pod nosem, gdyż były to szpetne szepty. Zainicjowałam więc serię jesienną wizyt u pediatry w celu wynorania opieki na dwa dni. A mamusia ma się ucieszy, że zaraz po powrocie z wakacji zaserwuję jej wnuka na kilka godzin.

Czy muszę dodać, że synek, wtulony w me ramię mocno, uradowany i pełen energii i zdrowia kaszle bardzo zdawkowo i nie narzeka na brzuch w ogóle (bo wymioty, moim zdaniem, były efektem choroby lokomocyjnej, kaszlu i nerwów szkolnych), bawi się, jest anielsko grzeczny i nieziemsko szczęśliwy...dziękuję ci, essi dżonson w osobie minister Hall za te wątpliwej jakości przyjemności, które poniekąd i pośrednio serwujesz mojemu dziecku.

Ale teraz będę się chwalić:

przód:

maj 2010 wrzesień 2011

tył (taras jeszcze trza położyć, acz czasu brakuje):

maj 2010 wrzesień 2011

bok:

maj 2010 wrzesień 2011

I jak?

11:23, chud-sza
Link Komentarze (4) »
niedziela, 11 września 2011
dekada

W piątek zadebiutowałam. Zajęłam miejsce po drugiej stronie biurka i poszłam na zebranie. Na 18.00 Wróciłam już po 21, bite dwieczterdzieści w maleńkiej ławce na rozmiar 122. Macierzyństwo wymaga poświęceń. Wielu.

Rodzice wydają się być normalni, prócz kilku wybitnie przewrażliwionych, może wyrosną.

Dzieci wymieszane totalnie, sporo sześciolatków, niektóre dzieci jeszcze na końcówce pięciolatki, różnice kolosalne... Za nami także wiolonczela, pani zrobiła naprawdę dobre wrażenie - uśmiechniętej i radosnej i cierpliwej. Zosia zapamiętała naprawdę wszystko. 

Frans jakby oswojony (choć dziś o 7 radośnie rozkaszlał się krtaniowo, rozkosz sama), zobaczymy, co mnie czeka po weekendzie, już dziś śniło mi się, że zapomniałam wiolonczeli, że Zosia nie spakowała tego, co trzeba, że zaspałam, stanęłam w korku (co w Poznaniu jest obecnie po prostu smutn a normą) że ogólnie chujna z grzybnią.

No ale co, no chyba damy radę, nie?

13:12, chud-sza
Link Komentarze (6) »
środa, 07 września 2011
ogarnięci

tytuł tego wpisu nadany jest może nieco i z lekka na wyrost, ale. Pierwszy tydzień roku szkolnego za nami i ofiar nie ma. Ani w nauczycielach, ani w rodzicach, ani w dzieciach (acz było blisko, gdyż rodzeństwo zamieszkujące pod moim dachem - czaicie, że nadal nie mogę czasem uwierzyć, że to MOJE DZIECI???, skąd przyszedłeś chłopczyku? - ostatnio tłucze się ewentualnie spychając ze schodów, także: kto wie...). 

koniec wakacji okazał się wyczerpujący, ale zaowocował wprowadzką na górę, czyli MAM SYPIALNIĘ, a dzieci swoje pokoje (i walki wtedy nabrały na sile, sama nie wiem...).

Zofia okazała się stworzona do szkoły (ona, wielbicielka i entuzjastka przedszkola, łkająca w czerwcu nad końcem tego etapu), orzekła iż szkoła jest super (nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż w szkole tej uczy się około setka narybku w sumie, u mnie, na ten przykład setka to jeden rocznik), nauczyciele są ok, dzieci też, jutro pierwsza lekcja nauki na instrumencie.

Frans już takim amatorem swojej placówki nie jest, acz gdy pytam, czy chciałby może powrócić do przedszkola, stanowczo odmawia i dziś trzymał łzy na uwięzi.

Zapisałam się na jogę (setny raz, mam blisko, nauczyciel wydaję się być ok, będę się prężyć i rozciągać. jutro) i leczę zęby, węzeł zaczął się zmniejszać. Chyba idzie lepsze. 

Dół miałam koszmarny ostatnio, mnie też dosięgają informacje o Praniu, Pauli, o tych wszystkich smutkach. Ale się uczę: korzystać z życia, szanować chwile, nie marudzić na wypadające włosy (tylko kupić szampon). I nosić bransoletę! (tak, właśnie przyszła, już mieszka na mojej ręce!)

12:27, chud-sza
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
pogoda dla niebogaczy

Nie ma to jak zapodać sobie na poranny jeszcze lekki i nierozkręcony jeszcze ból główy dobrze funkcjonującą wiertarkę udarową. No ale co ja, biedna, mam począć. Jeszcze kilka dni i Wam pokażę. Zdjęcie. A zimą będę w japoneczkach zaiwaniać i krótkim rękawku, tak będzie ciepło.

Wczoraj udaliśmy się z mężem i rodzicami nad jezioro zachęceni prognozami pogody, i kiedy tylko zamoczyłam stopy w wodzie, słońce zaszło, a mnie obeszła gęsia skóra, która towarzyszyła mi już do końca dnia. Czy się wykąpałam? Ależ. Prognozy pogody rulez. Następny wyjazd nad jezioro za 10 miesięcy.

Dobra, tydzień czas zacząć. Awesome.

09:45, chud-sza
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 sierpnia 2011
literacko

Wakacje, moi drodzy, mierzę często liczbą przeczytanych stronnic (w roku szkolnym przerzucam kartki podręczników, literatura kołysze mnie do snu miarowym odliczaniem sylab do dwudziestej pierwszej trzydzieści dwie). Te na pewno będą udane, gdyż udało mi się łyknąć z wielką satysfakcją:

Piaskową Górę Joanny Bator (jestem w połowie Chmurdalii)

Room Emmy Donoghue

Kobietę bez twarzy Anny Fryczkowskiej

oraz

Merde w rzeczy samej Stephena Clarka;

bez satysfakcji przeczytałam Farfocle namiętności i Nasturcje i ćwoki Marcina Szczygielskiego, które w wydaniu dwuskłądnikowym mają fajną okładkę.

A to nie koniec. Wakacji. Także lista może się wydłużyć.

Uwielbiam czytać.

A świat jakoś mniej jest przyjazny ostatnio, zgarniam niechcący same naprawdę złe wiadomości. Smutki panoszą się w mojej okolicy.

13:00, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 sierpnia 2011
usługi remontowo-budowlane

Wiecie, jak się żyje w otoczeniu rusztowań, a z okien widać wieże styropianu, obok których leży styropian, za którym zaś wala się styropian a w powietrzu unosi się styropian? Mogę Wam opowiedzieć. Jednym słowem. Kijowo. Do tego chaty nie ma jak nagrzać, bo otworzenie okien wiąże się z gwałtownym nalotem białych kuleczek, więc chodzę w polarze, a jak wymykam się na chwilę na powietrze, to mnie ciepło przytyka. Za oknem młodzi (nieletni nieomal) pracownicy chodzą z obnażonymi torsami, ja się okrywam...

Jedyny pogodny tydzień tego lata (nie licząc włoskiego tygodnia, ale to był wyjątek) a taras rozebrany, na drugim rozgościły się rusztowania.

No i prowadzę korespondencję z moją córeńką. Ona pisze do mnie maile. Za stara jestem na tego typu wzruszenia...

09:55, chud-sza
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 sierpnia 2011
o sole mio...

ależ mieliśmy cudowne wakacje. Dopisała nam pogoda i towarzystwo, Padwa opustoszała i Wenecja zatłoczona, stare Vigevano i nowoczesny Mediolan. Kuchnia, jak można się spodziewać, najlepsza na świecie, tak nam rozpieściła podniebienia, że mam w domu szafę całą włoskich pesto, suszonych pomidorów, oliw, limoncello, win i parmezanu. 

No ale wszystko, co dobre szybko się kończy, my zatem, zostawiwszy nieletnich u babci, wróciliśmy w celu dokończenia prac budowlano-remontowych. I od dziś rano (od siódmej siedemnaście, gdyż dwie minuty się spóźniła ekipa elewacyjna) czuję się niczem głupik w akwarium tudzież główny i jedyny bohater bigbradera, tak to jest, jak się nie ma firan, a rolety na dwóch oknach zaledwie. Szybko więc korzystając z okazji czmychnęłam na zakupy, następnie do internisty, żeby wyniki pokazać, następnie do stomatologa, żeby swoje przecierpieć (a z powodu moich zaniedbań zanosi się na długotrwałe i wielopowtarzalne cierpienia). Po powrocie z kolei miałam wrażenie bycia Najdżellą Lołson i gotowałam obiad (cukinie nadziewane czterema różnymi farszami), czując oddech pracownika elewacyjnego zza okna. W cholerę z takim przedstawieniem, ani nie pośpiewam, ani nie potańczę, nie bawię się! (o pobudkach nie wspomnę, ekipa już wyskakując z dostawczego busa  o siódmej siedemnaście i pięć setnych zaczęła walić młoteczkami w rusztowanie).

Pochłonął mnie kryminał. Bywam nerwusieńka.

16:23, chud-sza
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
z pamiętnika młodej malarki

pokojowej.

(rzec by należało raczej łazienkowej). Farby lateksowe to zło. Po oderwaniu taśmy chroniącej biel sufitu farba odchodzi niczym guma z powierzchni stanowczo większych od zamierzonych. Co trafia malarkę, łatwo wywnioskować. I dopiero po kilku dniach nabiera dystansu odpowiedniego do opisania sytuacji (i ok, farba lateksowa przestaje być złem, bo jest zdrowsza i fajnie wygląda). 

Weekend minął rozkosznie w towarzystwie przyjaciół - mąż nie dotknął materiałów remontowych i wreszcie trochę odpoczął, i zwyczajem tradycyjnych jesieni - paliliśmy ognisko, poszliśmy na grzyby, wiecie, listopad -lipcopad, tradycji musi stać się zadość.

Dziś ogarniam codzienność i nieśmiało zaczynam urealniać urlop w Italii.


12:32, chud-sza
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 lipca 2011
będę żyła

raczej póki co na pewno chyba.

wyniki mam dobre, kilka ups and downs dosłownie ciut od granic normy, OB 2. 

wygląda na to, że to doskonale pielęgnowana hipochondria. 

a ponieważ mam lekuchny niedobór białych krwinek, chlapnę se białego wina dla odmiany. na zdrowie. i wyleczę zęby. i pomaluję łazienkę na wściekły pomarańcz. 

ufff. trochę ulżyło.

(u babci też jakoś, tlen odłączyli, duszności odeszły. tylko ten szpital - czas się w nim zatrzymał we wczesnych latach pięćdziesiątych... ale babcia rozmowna i uśmiechnięta. wyrwałąm się dziś na spacer po szpitalu. szalona.)

BARDZO DZIĘKUJĘ za kciuki i myśli. Czułam je.

19:47, chud-sza
Link Komentarze (3) »
środa, 27 lipca 2011
zawęzłowana

Poszłam dziś upuścić sobie trochę krwi na okoliczność powiększonego węzła chłonnego, który mi nie daje spokoju (a głowa produkuje NAJCZARNIEJSZE scenariusze). W oczekiwaniu na wyniki (a oczekiwania mam jeszcze 24 godziny) maluję taborety, piekę ciasto czekoladowe, sprzątam i tańczę. Wszystko, aby odeprzeć czarnowidztwo.

Gdyby ten węzeł był oznaką czegoś złego, we krwi (morfologii, rozmazie i OB) wyjdzie coś, nie? Innemi słowy: jeśli wyniki będą w porządku - nie będę musiała w popłochu sporządzać testamentu? 

Nienawidzę martwić się o zdrowie własne i bliskich (moja ukochana Babcia w szpitalu z niewydolnością oddechową i zatrzymaniem moczu). Kiepski ten tydzień i perspektywa wakacji nie pomaga jakoś na smutki i rozmyślania kosmate.

11:38, chud-sza
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
wejście służbowe

Wspięłam się ostatnio na wyżyny mych umiejętności, khem, khem, pisarskich i zeżarło mi notkę. Nijak jej odtworzyć, skoro nawet nie pamiętam, co i o czym pisałam. No trudno już.

Dziś natomiast obudził mnie mąż zwlekający z przemianą weekendu w codzienność, było koło ósmej, mrugnęłam, otworzyłam oczy, dochodziła dziesiąta, a synek puchaty z mozołem przekrawał bułki przyniesione ukradkiem przez ślubnego i, dojrzawszy me otwarte oczy, poinformował mnie, iż właśnie robi nam śniadanie do łóżka. Trzy minuty później przy głowie stał talerz, na którym leżała bułka z masłem i dżemem, pyszna! (drugi talerz o podobnej zawartości przygotowany był dla Zofiji). Synkowi dumnemu ze swych dokonań nie wystarczyło już motywacji do zrobienia śniadania dla siebie, więc porcję dla niego przygotowałam już ja.

Siedzimy sobie zatem na tarasie kończąc śniadanie i korzystając ze słońca, które nie piecze, ale rozkosznie grzeje. Frans pociąga nosem. Raz, drugi, piąty. 

- Franek! - wołam go licząc, że będzie wiedział, o co chodzi (chodzi o wytarcie nosa). A on mi na to głosem zdecydowanym ale z nutą zawodu:

- jak jesteś taka słuzbowa, to jus ci nigdy nie zjobie takiego sniadanka do łóska.

Kurtyna. Oklaski. Rechot do łez...

11:21, chud-sza
Link Komentarze (5) »
sobota, 16 lipca 2011
owocowo

Przejechaliśmy na rowerach jakieś dziesięć kilometrów po górkach i dołkach, i nie byłoby w tym nic dziwnego, czy godnego chwalenia się, gdyby nie uczestnictwo w tych dwukołowych wyprawach niespełna pięciolatka. Dał radę Franczesław doskonale! Po wyczerpującej przejażdżce udał się grać w piłkę, duracele małe mają niewyczerpane pokłady energii. 

Pojechałąm też dziś na zakupy do niemieckiej sieciówki i nabyłam między innymi owoce. Sezon, przypominam, w pełni owocowy. A w moim koszu wylądowały: nektarynki, arbuz, melon, banany. Khem. Zapłakałam w domu nad zakupami i postanowiłam owoce kupować w warzywniakach, acz dszłam do smutnej dość konkluzji, iż owoce rodzime (mamy sezon zdaje się na jagody, maliny, czereśnie, wiśnie może, porzeczki, które mam na krzaku sąsiada i tak dalej) są daleko droższe od importowanych i mogą być dla niektórych luksusem, prawda???

Rano w sobotę, zgodnie ze zwyczajem, mąż zjawia się w domu z bułkami i Gazetą, z której najbardziej mnie w sobotę interesują obcasy. I tak sobie je przeglądam, podgryzając drugą (i trzecią, poważnie) bułkę z dżemem i WTEM barbarella!!! Przeczytałam wywiad, w którym wspomina pierwszą żonę oraz poznańskie blogerki w ogóle, pośmiałam się (barbarellę znam nie od dziś, wiele książek do mnie trafiło dzięki jej recenzjom nietendencyjnym) i gazetę zamknęłam, gdy przyszedł do mnie esemes od Przyjaciółki, w którym odkrywa ona drugie dno owego wywiadu, czyli że ten tekst i o mnie traktuje.  Oprócz tego, iż zapłonęłam rumińcem, jak dzięcielina (jakoś tak to chyba szło), to urechotałam się setnie, gdyż ZAWSZE gdy podczytuję cudze blogi, mam wrażenie, iż mój jest mdły i nudnawy i pospolity. Także gdzie tu barbarella - celebrytka i inne gwiazdy blogosfery. Ale miło jest mi bardzo! Dziękuję, Anno!!!

Upiekłam dziś tartę (nie miałam borówe, więc wkroiłam banany), i choć nie jestem tarta-type, to wyszła zjawiskowa. Niebo w gębie, zaprawdę.

23:44, chud-sza
Link Komentarze (4) »
piątek, 15 lipca 2011
jabłkowo

Jabłka podobnież są pyszne tego roku na naszej jabłonce. Jest to zdanie tłuściutkich, wypasionych, wysokobiałkowych białych robali, które częstują się, ile wlezie. Żadnej sztuce nie przepuszczą. No ale chciało sie mieć ekologiczne drzewa nieskażone opryskami, to się ma jabłka na tarty albo inne wypieki, bo jedynie części z nich nadają się do konsumpcji. Brzoskwinia tymczasem postanowiła obrodzić nietypowo i wydała na świat słownie DWA owoce, z których jeden wziął i spleśniał na drzewie a drugi zerwały dzieci i zjadły nieco jeszcze cierpki. Czereśnia była się obraziła i nie owocowała wcale (i to tyle w temacie drzew owocowych w moim, ekhem, ogródku).

Dziś jest mi zimno na zmianę z gorąco, w związku z czym udam się do żelazka na zmianę z chłodnym prysznicem (onie, nigdy przenigdy...)

20:09, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 13 lipca 2011
pomocy

Jest we mnie lęk. Taki życiowy lęk. 

Wczoraj dostałam maila od Piotra, taty Ali. Mojego bloga nie czyta wielu, może Wasze są bardziej poczytne? sam fakt nagłośnienia może pomóc. Boje się życia czasem (cytuję, zwykłe kopiuj/wklej, bez przeróbek, opuszczeń i redakcji):



prosimy o jakiekolwiek wsparcie finansowe dla naszej corki Alicji.

www.dlaali.pl

bedziemy wdzieczni za kazda przekazana nam zlotowke.
dziekujemy
 
21:54, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 lipca 2011
budowlanka

podreperowawszy manikjur (niebieski na ten weekend, fiolet w natarciu), stanęłam wczoraj nad żelazkiem. Cztery (słownie C-Z-T-E-R-Y) godziny pracy w trudnych warunkach. Dramat. A dziś co? Oprócz naprawdę udanego wczesnego południa i spotkania po latach znajomości jedynie internetowej na żywo Gani (spotkania bardzo sympatycznego i rokującego kolejne) oraz po latach Agry (fajnie było Ich zobaczyć, choć od ostatniego spotkania ubyło ich połowę), czeka mnie praca na budowie - idę więc zniszczyć mój manikjur (widocznie taka jego rola, by kulał) na szlifowaniu ścian...

19:46, chud-sza
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 lipca 2011
she's back

zaledwie na dwadzieścia cztery godzny z niewielkim haczykiem wybyła ma piewrworodna złota córeńka, by wróciła nadąsana i niezadowolona z wszystkiego niemal nastolatka w faze buntu. Odszczekiwała stęsknionemu bratu, warczała na rodzicieli i ujadała na rzeczywistość. Kilka moralizatorskich jednak pogawędek później, w wannie, podczas kąpieli stawiającej za główny cel usunięcie skorupy błota, w którym się wytarzała z czubkiem głowy włącznie, opowiedziała mi, iż postanowili, że jutro będą wzorcowi: wstaną rano i zrobią nam śniadanie do łóżka (nienienie, tata idzie do pracy!!! wstaniemy o świcie. nienienie, obudzicie nas!!! będziemy bardzo cichuteńko.), będą nam pomagać, sprzątać, słuchać, tykać jak w szwajcarskim zegarku, a może tatę udobrucha to na tyle, by w czwartek zabrać ich na basen. Grunt to mieć plan. Wieczorem moja kochana córeńka wróciła, sadzając mnie na kanapie (mamo, co ty robisz na tym komputerze, znów się uczysz? no chyba się nie uczysz...) i domagając się codziennej porcji przytulań (przytul się do mnie, proszę to najczęstsza jej fraza ostatnio). 

Na nk (założyłam tam znów konto, by być w kontakcie z uczniami, których pożegnałam kilka dni temu. sami zapraszają, sami odwiedzają, moje grono znajomych poszerza się o kilku nieletnich. na fejsie nie przyjmuję uczniów W OGÓLE) jeden z tegorocznytch absolwentów pyta, jak mijają mi wakacje. Pysznie, odpowiadam. Dokonując znacznej paraboli opisuję, iż śpię do południa (góra 9:23), czytam do rana (góra 2:07), litrami pijam kawę na tarasie (góra dwie filiżanki, na tarasie biegiem międy jedną nagłą ulewą a kolejną).

Ale jaką ja książkę czytam, słuchajcie. Łykam rozdziałami i kradnę kolejne strony. Spać poszłam wczoraj z rozsądku, po czym zasnąć nie mogłam. W planach ją miałam przeczytawszy recenzję u młodej pisarki, co czyta, ale książka musiała na parapecie swoje odczekać. Room się nazywa w oryginale, ale od kilku tygodni jest też jej polska wersja. Książka naprawdę warta poświęcenia kilku wieczorów (w moim przypadku będą to dwie noce i kilka skrawków dnia). Nic nie zdradzę. Recenzować nie potrafię. Zaskakuje. Porywa. Emocjonuje. Wakacje dają radę (i nawet udaje mi się posprzątać i ugotować i wytarzać się po podłodze z nieletnimi w łaskotach, pierdziochach i innych radościach, tylko manikjur kuleje...).

22:27, chud-sza
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
these days are over...

Znacie motyw: bardzo dobrze, siadaj, trzy plus? Doświadczyłam go na własnej skórze w sobotę. Po egzaminie ustnym (wylosowałam pytanie nawet przyjazne i niewymagające specjalnego przygotowania) usłyszałam, iż komisja, znając moje możliwości (z jednym z członków komisji miałam dwa lata zajęcia z fonetyki, jest moim guru, ale wyłącznie w fonetyce brytyjskiej, na zajęciach bywał wyjątkowo nieprofesjonalny, z panią miałam super wykłady - interesujące, prowadzone w bardzo atrakcyjny sposób - z polotem, humorem, ale bardzo rzeczowo, bez hocków klocków w postaci power pointa i fikołków potrafiła nawiązać kontakt ze studentami i ich tematem zainteresować) to nie był mój najlepszy występ EVER, pisemny zdałam na 73 procent - translację 19/20, gramatykę 25/30, esej w sumie ok, choć mix of ideas, "pojechałaś po tym eseju naprawdę" (byłam z niego nawet zadowolona, oh well), gorzej poszło mi słownictwo, ale nie było, i nie jest to wyłącznie moja opinia, ono łatwe. Kiedy próbowałam swój słaby występ usprawiedliwić ogromnym stresem (z nerwów chciało mi się, excuse me, rzygać i płakać jednocześnie), pan stwierdził, że gdy on ma tłumaczenia konsekutywne albo kabinowe, poziom stresu jest podobny i dopiero wtedy sprawdza się, ile nasze umiejętności są warte. Hmmm. Konkludując, usłyszałam, że jestem bardzo dobra, i oni (komisja) się o mnie nie martwią, ale overall impression trzy i pół ("wiemy, że nie będziesz z tej oceny zadowolona, bo jesteś bardzo ambitna"). Na koniec pani dodała, że moja obecność na jej wykładzie była przyjemnością (ja także z wielką przyjemnością w pani wykładach uczestniczyłam, seriously). Na egzamin poszłam pierwsza - po pierwsze z powodu koszmarnych nerwów, nad którymi trudno mi było zapanować (w głowie po egzaminie urodziło mi się KILKANAŚĆIE poprawnych, swobodnych i wygładzonych wypowiedzi z użyciem wyrafinowanego słownictwa, stres paraliżuje moje językowe umiejętności, as it seems) i z powodu Zosi, która czekała na mnie z rozpoczęciem świętowania. Być może zapłaciłam frycowe za to, że byłam pierwsza (choć okazało się, iż trzy plus to był drugi rezultat w grupie, były też ze trzy tróje i wiadomo co z resztą), a być może trafiliśmy jako grupa na wyjątkowo wymagającą komisję - nie wiem. Po wyjściu z egzaminu, zanim w objęciach męża wylałam łzy wstydu i żalu, usłyszałam jęk i szmer w grupie i nieukrywany szeptem głos "ja myślałem, że Gosia to piątkę dostanie...łatwo nie będzie...". Po powrocie do domu nie rzuciłam w kąt książek, tylko zaczęłam snuć plany mające na celu wzmocnienie moich językowych umiejętności (będę: więcej czytać, oglądać, pisać i mówić, nawet do siebie, po angielsku, pojadę do Anglii, nie wiem kiedy i za co, ale pojadę), co zaowocowało snami i koszmarami. No ale co. Nie będzie mi tu nikt imputował. Poprawię się.

17:14, chud-sza
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 lipca 2011
happy b-day. how come?

Zosia skończyłą wczoraj siedem lat. W cholere, nie? Jasny gwint, nie wiem, kiedy ani jak, z małego szparaga, ważącego zaledwie 2950g stała się przepiękną pannicą, mądrą i niebywale elokwentną, co niejednokrotnie mnie do rozstroju nerwowego doprowadza. Jest niewyobrażalnie sprawna (wiem, dobra, przesadzam, przemawia przeze mnie matczyna ślepota, ale ma sport w sercu, na pewno) i bardzo umuzykalniona.

Wczoraj dostała sporo prezentów, gry, zabawki, globus, z którego ucieszyła się bardziej, niż myślałam, ale kiedy po obiedzie i kawie, kiedy goście się rozpierzchli, a chmury nadal obficie częstowały rzęsistymi opadami (czujecie, iż mąż napalił w kominku, taka zimnica była?? Jeszcze w lipcu nie paliliśmy!) mąż zapowiedział wyjazd na basen i rozradowana i ucieszona solenizantka wykrzyknęła na pół miasta, że to dopiero jest najlepszy prezent urodzinowy... (nie żeby jej wypominać, ale była to trzecia wizyta na basenie w mijającym tygodniu, mała rzacz a cieszy).

oto i Ona. Zosia (l. 7)

Egzamin miałąm też wczoraj, ale o nim kiedy indziej. Jeszcze nie ochłonęłam.

17:36, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 29 czerwca 2011
fast car

jak nazywa się dom much? Dom pszczół to ul, dom mrówek to mrowisko, jak, do cholery, nazwać dom much, bo nie wiem, jak nazywa się miejsce, w którym przyszło mi mieszkać? Mieliśmy mrówki, były plagi komarów. Odwiedzały nas meszki, co rok - inne owady. Tegorocznej jednak plagi nienawidzę. Wieczorem urządzamy rzeź, a już o czwartej rano rozrechotane gównowłazy radośnie stąpają po naszych twarzach w dupie mając teksańską masakrę piłą mechaniczną, którą ich bracia przerżnęli poprzedniej nocy. Bitwa, a nie wojna, zdają się wybzykiwać. Nie dam się jednak. Nabyłam wczoraj drogą kupna moskitiery (dziś się, wurwa mać, odklejają złośliwie, na pewno kolaborują z licznym wrogiem, w masie siła, jak mawiają), wykupiłam zapas pacek z lokalnego agd, i tłukę namiętnie, celowo nie usuwając cmentarzyska z podłogi, żeby pozostałe osobniki WIDZIAŁY, czym grozi latanie w moim sąsiedztwie. I co? I gówno. Na piętnaście zatrzaśniętych, pojawia się stu uśmiechniętych zastępców. 

No dobrze. Nie tylko muchami jednak człowiek żyje (doprawdy?). Inną drogą kupna (allegro.peel) nabyłam maszyne wszystkorobiącą do kuchni i się wyżywam kulinarnie. Wczoraj dzieci i ja (mąż stanowczo odmówił) spożyły napój z pietruszki, Zosia dzielnie wysączyła z zatkanym nosem, Frans dwa razy niemal puścił pawia, ale też skończył. Dziś ugotowałam pyszną owsiankę, zrobiłam też kubusia domowego, kawę cappuccino, upiekłam ciasto, jak widać czasu na naukę nie zostaje mi zbyt wiele. Acz się staram. Acz mi nie wychodzi. 

Dziś do nauki włączam Tracy Chapman. Promise.

19:12, chud-sza
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 27 czerwca 2011
it is on.

the exam is in motion, także beware. Pisemne części za mną, ustna w najbliższą sobotę, wtedy też poznam rezultaty. Poki co leniwię się serdecznie i podsłuchuję dziatki przesłodkie:

ja: Franio, zdejmuj te skarpety, nie chodzi się w skarpetach i sandałach...

Franio: a, tak jus zdejmuje, psecies będzie obciach...

Jako, że jesteśm umuzykalnieni, Zosia najbardziej, muzyka w naszym domu rozbrzmiewa często. Leci więc Zakopower i piosenka ze szczytów list przebojów. Zosia śpiewa: i dopiero gdy, zawołasz but, to pożegnam wszystkie te rzeczy i znów pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso, pójdę booooosoooo". Uwielbiam dziecięce interpretacja (typu "hulajże Jezuniu..." i "i pana czysta i pana czysta porodziła syna").

Pojechałąm dziś z dziećmi na rowerową mini-wycieczkę. Pierwszą w życiu samotną wycieczkę na sześciu kołach z dwójką dzieci. Wszyscy żyją. Stop. Stos książek czekających na parapecie na przzeczytanie zaczyna rosnąć, ale już dziś zaczęłam ten stos rozpracowywać, te wakacje nie będą stracone na pewno.

Zapuszczam Archive i wracam do czytania. 

13:05, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14