RSS
sobota, 10 marca 2012
przeprowadzka

po pięciu latach pobytu na bloxie, który dotychczas mnie bawił ale i irytował, postanowiłam zmienić adres.

Ot, tak przeprowadzka.

Mam nadzieję przenieść wszystko, tak, TAM można, ale najpierw muszę zjeść obiad. I napisać pracę. Odtąd jednak będę

TUTAJ

Zapraszam na chudszej-szepty (klik).

Mam nadzieję, że to nie zniechęci moich kilku wiernych czytelników? Co? Pójdzecie za mną?

14:47, chud-sza
Link Komentarze (4) »
zrobiłam TO znowu!

Wstałam bladym świtem w celu udania się na uczelnię i wysłuchania wykładu. Wszyscy spali (mężczyźni w sensie, córka nocowała u babci i obudziła się z katarem, dawno nie było o chorobach, prawda). Wykład niekoniecznie, zaliczenie w formie pięciostronnicowego eseju, tożto jedna trzecia rozdziału magisterki, którą rodzę w takich bólach, temat też nieporywający, języki, rodziny, oczywiście od zarania dziejów, mam nadzieję, że się rozkręci. Z burczeniem w brzuchu i niezaspokojonym pragnieniem śniadania wysiedziałam swoje i po zakończeniu udałam się do auta zaparkowanego na jednej z głównych arterii centrum miasta (RATAJCZAKA). Włożyłam kluczyk do zamka i... zgadnijcie którędy musiałam się dostać do środka, mając na sobie wąską spódnicę za kolano, kozaki i ciężką torbę na ramieniu? Widownię miałam bogatą, czekałam, który mądry wezwie policję w celu udokumentowania własności pojazdu. Oklasków nie było. Albo też nie usłyszałam, gdyż bardzo pospiesznie, z piskiem opon oddaliłam się z miejsca.

I tak sobie myślę - skoro zrobiłam TO w centum miasta, to chyba mogę to zrobić wszędzie, prawda?

11:59, chud-sza
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 marca 2012
powiew

W jednym kącie pokoju dokładam do kominka, dbam, by grzał moje plecy i nie dopuszczał do chłodu dłoni. Działam tym pogrzebaczem zgrabnie, coraz precyzyjniej układając szczepki drewna. 

W drugim kącie otwieram zaś okno, wietrzę na potęgę, wychodzę w kapciach na taras, zachłystuję się świeżym powietrzem, zapachem rozpulchnionej ziemi, biedronek, źdźbeł wschodzącej trawy. Przeciąg, którego zazwyczaj unikam, dziś zamieszkał w moim domu. Jego zadaniem jest wywianie smutku, może da radę.

W najbliższych planach mam remont kuchni (no przecież nie drugi rozdział magisterki, przestańcie). Do świąt czas przeleci nam niezauważalnie.

13:08, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 07 marca 2012
ps

Syn towarzyszy mi w mej pracy tfurczej. Siedzi dzielnie przy wielkim drewnianym stole i koloruje obrazki przyniesione z katechezy. Śpiewa: Bóg kocha mnie, takiego jakim jestem, przyłączam się w trelach, syn z podziwem docenia znajomość kościelnego evergreenu.

Pytam zatem, czy uczyli się na religii. Tak. Ze starą panią i z tą nową też. (nowa pani ma jakiś zapewne drobny kłopot ortodontyczny i dzieci twierdzą, iż jest wampirem. To znaczy wróć, twierdziły. Zawsze mówiłam, że dzieci są przeokrutne). 

Synek, pytam, a pani jest miła, prawda? 

Tak, a nawet robi się coraz lepsza. Dziś dała mi dwie kolorowanki, jak poprosiłem dla siostry.

Tym się teraz mierzy jakość nauczycielek.

Hmmm.

19:20, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
zapachy

Kiedy w perspektywie mam naukę, sesję, deadline magisterski (dowolnie, wymiennie, jednocześnie) wyraźnie i donośnie przemawiają do mnie przepisy kulinarne. Krzyczą! Te mniej i bardziej skomplikowane. W moim domu roznosi się więc aromat kokosa, a na jutrzejsze śniadanie planuję pyszności. Zgadniecie, do kiedy powinnam rozliczyć się z drugiego rozdziału (i poprawić pierwszy, prawda)? Do soboty dwa tygodnie TEMU. Ale co tam praca. Mam paznokcie zrobione, dzieci się na bułeczki cieszą, rodzinna sielanka. Promotor tylko jakby trochę niedopieszczony.

W rodzinie choroby. 

Wśród znajomych pogrzeby.

To nie jest dobry kwartał.

18:47, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 marca 2012
budowniczy

Słońce ofiarnie przybliża nam tę wyczekiwaną wiosnę (od lat latorośl ma choruje wiosną, znacznie częściej i dotkliwiej niż jesienią i zimą, mimo to wielbię wiosnę bezwarunkowo), grzeje już solidnie, a rtęć zastygła na tym zerze i stoi w stuporze. No nic, marzec jest niebywale pozytywnym miesiącem, w kwietniu są święta, w maju jest pięknie a w czerwcu październik zagląda zza firanki podśmiechując się zdradziecko.

Szczęśliwie, po paskudnej sobocie następuje znacznie sympatyczniejsza niedziela. Ale nie mam złudzeń - gorsze chwile mogą wychylić się zza firany w każdej chwili i zniszczyć zbudowany świat, lokalną społeczność, dom, budulcem jednak są w tym przypadku emocje. Domki z kart buduję z podobnie marną skutecznością.

16:29, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 marca 2012
proces

Biegam, przeskakuję jednym stuknięciem palca na taczpadzie z jednej strony na drugą, link za linkiem, hiperzłącze za hiperzłączem. Pielęgnuję moje lęki, moje strachy, czarne chmury kłębiące się nieustannie z tyłu głowy, wyrzucam, z kilkudniowym opóźnieniem, moje frustracje i niecierpliwostki, moje żale i niedopowiedzenia, wypłakuję morza łez, nie potrafię schować do apteczki niemal pełnego słoika witamin dla ciężarnych, codziennie na niego patrzę i wątpię, czy kiedykolwiek się przyda, czy podejmiemy tę decyzję, czy świadomie pójdziemy w kierunku dziewięciu miesięcy nieustannych bojańsię. Codziennie myślę o nadchodzącym październiku, jaki mógłby być. To proces, mówi znajoma psycholożka. Przeżyj go.

A kilka minut później tańczę rytmicznie z córką i mam wrażenie, że wszystko przed nami, że muszę być tu i teraz, jakie to przecież proste i oczywiste, skupić się na tym, co dziś. I że mówią, że jestem dzielna.

W głębi duszy mam zgliszcza, które uaktywniają się i uwierają w najmniej spodziewanych momentach.

To proces. 

To minie.

Mówią.

15:23, chud-sza
Link Komentarze (1) »
środa, 29 lutego 2012
załoga rudego

Gdybym dała radę urodzić się dziesięć godzin i trzydzieści siedem minut wcześniej, miałabym dziś ósme urodziny. A tak - mam jeszcze wolne (ale biszkopt już upiekłam, kremówka i mascarpone chłodzą się w lodówce).

Miałam dziś przygodę, że hej. Myślę, że ukryci obserwatorzy mają ubaw po pachy. Otóż po stłuczce z tirem miałam kłopoty z zamkiem w drzwiach kierowcy. Któregoś dnia przy szkole Zośki po prostu się nie otworzyły. Ok, nie jestem jakąś gielejzą, weszłam od pasażera, udało się. Mąż zabrał centralny, nakazał otwieranie kluczem, ale że hondę kupiliśmy po stłuczce w drzwi pasażera, one nigdy nie otwierały się z zewnątrz kluczem, a jedynie centralnym, zabierając mi pilocika ukochanego, mąż odebrał mi możliwość otwierania z zewnątrz drzwi pasażera. Ok, nie jestem jakimś szoferem, mogę sporadycznym gościom otwierać drzwi od wewnątrz. Tak mijały nam drzwi, tfu dni i tygodnie, przywykłam do klucza, który od czasu do czasu się NIECO zacinał, ale dawał radę, a ja z nim. I wtedy nagle WTEM idę dziś przez błota i wody w celu zapakowania Zośki do auta i podjechaniu po Franca, a klucz w zamku siedzi i się nie rusza. Ok, nie jestem jakąś dziunią, która sobie nie poradzi, delikatnie acz stanowczo przemówiłam mu do rozsądku (słuchaj, kurwa, tu jest dziecko, tam dziecko czeka, byś wziął dupę w troki i te drzwi odemknął), a on nic. Literalnie nie drgnął. Przekręciłam z siłą większa, ale nie bez lęku, że jak go złamię, to nas może zima zastać pod szkołą, bo ani nie wejdę, ani nie ruszę. Ok, zadzwoniłam do męża. A on, rozbawiony, zawołał Szarik do wozu, wejdź przez bagażnik, co uczyniłam (było chodzić na jogę, się przydało). Jakieś pytania? Ktoś wchodził do samochodu BAGAŻNIKIEM????

20:16, chud-sza
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 lutego 2012
klops

Muszę Was zmartwić. 

Jeśli czuliście jakimś trafem, iż wiosna już zagląda Wam przez ramię, to otóż tylko po to chyba, żeby zagrać nam, stęsknionym, na nosie i odlecieć (w siną dal, w siną dal!).

Gdyż u mnie rozgościła się na dobre gastrofaza na tłuste i treściwe mięso, mam oto w piekarniku kilkanaście klopsów, rozbitą karkówkę, gotową do zajęcia piekarnika, kiedy tylko mielone wyjedzie, mam też boczek na chleb i smalcu mi się chcę.

Zajadam się bułkami, co na pewno dobrze nie robi mojemu obwodowi w talii, ale jak się waży niecałe pięćdziesiąt, to  ma się to centralnie gdzieś.

słucham. i nie mogę uwierzyć, że takie gówniary takie zdolne. DO szkoły, a nie tu karierę...

Zosia, przejęta, przekazała mi news dnia: Witek dostał dziś pałę z kształcenia słuchu, bo nie uważał (przypominam, pierwsza klasa, lat może i sześć i pół, pierwszy dzień po feriach, heloł, JAKIEŚ PYTANIA???). Na te słowa niemal się rozpłakałam. To świadczy. O nauczycielu i o moim rozchwianiu emocjonalnym.

To może ja już się do kuchni udam.

 

 

 

20:26, chud-sza
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 lutego 2012
przełom

najpierw trzykrotnie włączę drzemkę w telefonicznym budziku, wstanę, przetrę oczy, po omacku zejdę na dół, uważając, by nie spaść ze stromych dość schodów, spojrzę w lustro, przemyję twarz, wstawię wodę na herbatę i mleko do musli, uszykuję kanapki i jabłka, herbatę owocową do termosiku, zjem, ubiorę się, wyekspediuję syna do autobusu, dopilnuję, by i mąż zabrał drugie śniadanie, zapakuję wiolonczelę, być może zdążę nałożyć podkład na poliki i tusz na rzęsy, popędzę córkę, wsunę kozaki, otulę szyję szalem i pojadę. 

naostrzyłam dziś kilka tuzinów kredek.

dzieci są gotowe.

ja chyba jeszcze nie.

21:11, chud-sza
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 lutego 2012
wracam

Mam dwoje zdrowych i świetnych dzieci, z których jestem dumna. Nie bez powodu i nie z powodu ślepego i bezkrytycznego zapatrzenia. Tak, kocham ich bezwarunkowo.

Mam najlepszego męża na świecie. Który mnie dodatkowo kocha. Który daje mi to odczuć. Który mnie szanuje i podziwia. Wiem o tym i nigdy w to nie wątpiłam. Tak, bardzo go kocham.

Mam dom, pracę i studia, realizuję się na wszystkich możliwych frontach, wielu ludzi głośno wyraża swój podziw dla moich działań. Nawet moja krytyczna dość w czasie mojej młodości mama. Tak, chwalę się teraz.

Mam do napisania pracę i do ogarnięcia dom.

Działam i nie poddaję się.

Choć nie zawsze jest zen.

22:23, chud-sza
Link Komentarze (3) »
wtorek, 21 lutego 2012
ekshibicjonistka

Zosia ostatnio prezentowała nam cały wachlarz nastrojów na raz. Żałosny płacz na zmianę z perlistym śmiechem. Wymiennie.

- Zachowujesz się jak baba w ciąży z tymi wahaniami nastrojów.

- Kto się przezywa, sam się tak nazywa, mamo.

Miała rację, choć o tym nie wiedziała. Miała rację przez chwilę.

Byłam w ciąży sześć tygodni i dwa dni.

19:39, chud-sza
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 lutego 2012
pączkowanie

U Li uczta wierszokletów na temat wiadomy, produkcja leci pełną parą. 

Ja mam już trzy pączki za sobą, w planach kolejnych kilka.

A Wy?

Lepiej pączków pożreć sześć 

niż na blogu głupstwa pleść

Oddalę się więc w kierunku patery.

17:20, chud-sza
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 lutego 2012
kreski

To był pracowity czas w naszym życiu, napisałam rozdział pracy magisterskiej, który kilkoma zgrabnymi kreskami został przekreślony i kreślę go na nowo. Promotor w tenże sposób współpracuje. Albo po prostu przekreślanie stron całych przez środek nazywa zbyt pochopnie współpracą. W tymże momencie kreślę też, równie nieporadnie, kolejny rozdział. Zobaczymy z jakim skutkiem.

Przygotowałam święta (święta, i po świętach, kiedy to było, Wielkanoc bliżej już chyba) dla całej rodziny z przyległościami, zakończyłam semestr w pracy, jako i moja córka w szkole z samymi piątkami, w pochwałach i z brzmieniem Hornpipe na wiolonczelę w uchu. Ona stawia kreski, odliczając dni do wakacji.

Syn w szkolnym oddziale przedszkolnym radzi sobie też świetnie, kreski i szlaczki stawia bardzo dobrze, jest absolutnym pupilem każdej absolutnie pani. Przed nami dylemat, od września czeka go szkoła, ale pamiętam, że nie ma co dywagować, rozwiązania przychodzą często same. Czy się bardzo martwię, czy mniej. 

Tak, kreski są ważnym elementem odniesienia.

 

14:30, chud-sza
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 listopada 2011
czas

Poddałam się czasowi i teraz już nie umykają mi godziny, teraz gubię dni. Jest poniedziałek, i wtem pojawia się piątek znienacka. Był sierpień, a tu spogląda na mnie z kalendarza nieśmiało druga dekada listopada. Miałam dwadzieścia lat, a tu zaraz, o rany, kilka lat więcej, byłam w ciąży, a teraz wożę dwoje dzieci do szkół. Sama nie wiem...

Ale dziś ukąsił mnie komar. Oczywiście nie mam mu tego za złe, komar w listopadzie, toż to przecież sama radość, 17 stopni, ciepło ciepełko, kominek tylko pyka wieczorem, każdy ciepły dzień, to dzień wygrany zimie, słońce tę jesień jakoś oswaja.

Mam pilne zadanie do wykonania, deadline do kolejnej soboty, muszę napisać maleńki rozdzialik, taki tyci tycieńki, i kurza melodia (choć naprawdę chętnie użyłabym innego popularnego sformułowania) nie idzie mi zupełnie. Skoro jednak te kilka lat temu podjęłam te studia, to jakimś sposobem je chyba ukończę.

 

13:11, chud-sza
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 października 2011
niedzielnie

Piękna niedziela za nami, spędzona na targach hobbystycznych, na podziwianiu kolejowych miesteczek (dzieci) i dorosłych facetów (my), którzy całymi dniami pstrykają w miniaturowe zwrotnice i zapatrzeni w maleńkie wagoniki budują, malują, składają, stawiają i podziwiają. A na targach dopilnowują, by to działało. I pilnują, czy widownia jest kontenta... (stwierdziliśmy dziś, iż oni mają dwa równoległe życia, jedno za biurkiem, kółkiem, na boisku czy na ringu, gdziekolwiek, drugie przy kilkucalowych kolejkach, szybowcach, samochodach, drzewach, budynkach, tunelach. hobbyści). Nas zafascynowały gry planszowe, wypożyczyliśmy dixit, która nas pochłonęła na kilka dobrych chwil i zajmie nas zapewne na kilka wieczorów. No i WYGRALIŚMY w konkursie Pikinini, co nas tak ucieszyło, że skakaliśmy z radości!!!

a tymczasem u nas zbliża się lubilełusz, mój maleńki syneczek kończy pięć lat! Kiedy, ja pytam zasępiona, kiedy ten czas minął, dopiero spierał mi trzewia od wewnątrz, dopiero wyciskał mozolnie swe 3800g wąskim przesmykiem nad ranem, dopiero koiłam bóle porodowe w wielkiej wannie, w 200 litrach ciepłej wody, dopiero wysłuchiwałam utyskiwań położnej na temat zarobków w budżetówce i mego męża potakiwań, gdy ja wiłam się w bólach krzyżowych i skurczach partych. A teraz on, mój maleńki synek, wali mi, iż całowanie mamy w szkole to obciach! Wali mi, że mnie nie kocha (wyłaskocz mnie, mamo, nie koooochaaam cięęęęę, no dalej, wygiglaj mnie!!!), ogrywa mnie w rumikuba i doskonale się bawi hotłilsami, budując im tory, tunele i garaże. Jest bystry na te swoje całe pięć lat, tak twierdzą jego nauczyciele szkolni, jest przeuroczy w placówce, wszyscy go uwielbiają (o czym mówią głośno, donośnie i często), potrafi sobie ludzi oswoić i zjednać. Lubi szkołę (może bez ekscytacji), nie cierpi przedszkola, i chyba nie będzie go dobrze wspominać...jest radosny i ma świetne poczucie humoru. Uwielbia wzbudzać sobą zainteresowanie, czasem płaczem, czasem występem. Nie ma nadmiaru cierpliwości (ale kto w tym wieku ma?).

Fajny z niego dzieciak, naprawdę.

21:06, chud-sza
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 października 2011
gorączkowy okres

w tym tygodniu kwestia korków dotyczyła mnie wyłącznie teoretycznie, albowiem Zosia zapadła najpierw na chrypę, później na gorączkę, później na zapalenie krtanii, by znów zapaść na gorączkę do 39, która to łągodnie przeistoczyłą się w zapalenie oskrzeli. Zatem mój permanentny wkurwik przeniósł się z fotela kierowcy na miejsce tuż przy kanapie mamopodaj, mamoprzynieś, mamogorąco, mamozimno, mamonoooo.

i do tego, jako że jestem wybitnie niesubordynwanym klientem placówek zdrowia, nie posłuchałam lekarki w kwestii sterydów przy zaledwie zapaleniu krtanii, więc gdy poszłam zdiagnozować zapalenie oskrzeli dostałam antybiotyk, a ja wtedy zaledwie zaczęłam podawać wziewy, więc antybolu nie dałam, lekarka mnie nie będzie lubić, ale ja też jej nie lubię, skoro kilkanaście już razy zapisała antybiotyk, a ja go nie podałam i się udało jakoś wydobrzeć...

Zofia musi jeszcze pobyć w domu, więc nadciągają posiłki z południa, teściowa przybywa jutro, chatę doprowadzam do ładu, co proste nie jest, gdy mąż dłubie na dworze, dzieci porządkami niezainteresowane, a metraż nam się nieco powiększył (tylko nie myślcie, że żałuję).

czeka nas też wybór kompletu wypoczynkowego, co proste nie jest. Od przybytku ponoć głowa nie boli. Zobaczymy zatem.

Poszłabym do fryzjera. Odczarować zimę, która niespodziewanie wtargnęła zamieniając się miejscem z latem. Ech.

11:06, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 września 2011
makijaż a sprawa korków

Gdzieś tak na oko na początku września nabyłam drogą kupna chusteczki do demakijażu. Do dziś zostały użyte raz. Bynajmnie nie do higieny twarzy a wręcz przeciwnie - RĄK. I bynajmnie nie dlatego, iż używam mleczka, płynu micelarnego czy też innych fiksmatentów. Po prostu się nie maluję. To znaczy STOP, wróć, pomalowałam się raz, racja, i z lenistwa makijażu nie zmyłam, w efekcie czego rano o 6.03 gotowe miałam smokey eye, którego robić "normalnie" nie potrafię. Na makijaż rano czasu nie styka. Ledwo na krem starcza, coby sucha skóra nie ściągała zmarszczek do siebie tak dotkliwie.

Tymczasem moje miasto stoi korkiem, poproszę włodarzy o stosowne know how, jak przejechać 500m szybciej niż w 50 minut i nie spóźnić się do pracy/szkoły, którą cały czas ma się w zasięgu wzroku i nijak nie można się dostać, gdyż się tkwi? Jak zachować wtedy spokój, opanowanie i dobry humor? Jak nie warczeć na Bogu ducha winne dzieci na tylnej kanapie? Jak umknąć szlagowi, który trafia celnie?

My tu pitupitu, totolotek 50 milionów rzuca na pożarcie, a moje blogowanie zaliczy lada moment pietnastotysięcznego gościa (chociaż nie ogarniam statystyk i nie zgadzają mi się bloxowe ze statistic ani ani). Jedni mają taką czytalność w miesiąc, ja zyskuję po czterech i pół roku. Nie każdy może być, prawda, Coelho internetu. (i oddaliła się niespiesznie, pokasłując rytmicznie)

19:40, chud-sza
Link Komentarze (4) »
środa, 28 września 2011
stiranowana

Czaję się. Wychylam się raz po raz zza rozgrzanego kominka, by naklikać, i nijak mi nie idzie. Rozkoszuję się domem, nie mając chwili dla siebie, sprzątając, krzątając się, z miotełką w czterech literach, żeby nie uronić ani minuty. 

Nie mogę wyleczyć zaziębienia, mądrzy sugerują odpoczynek, ja nerwowo przytakuję, zastanawiając się, gdzie do kalendarza wcisnąć odpoczynek. Od piątku wracają studia, cieszę się naprawdę, że to ostatni rok, mam już dość, nie chcę pisać tej pracy, jestem zdemotywowana, albo - co bardziej prawdopodobne - zmęczona tym wszystkim, w czym od czterech lat uczestniczę. Korki mnie przerastają, nie mam jednak możliwości porzucienia czterech kółek, wczoraj wjechał we mnie tir niszcząc mi cały bok, wmawiając mi winę, a ja, w biegu między spotkaniem w pracy, z jednym dzieckiem w aucie, drugim stepującym w zamykanej za chwilę szkole, umiałam sobie wyobrazić godzinę, dwie, trzy oczekiwania na wymiar sprawiedliwości. A to dopiero wrzesień. 

Nie nadążam, a Wy?

Jedyne, co mnie cieszy, to aklimatyzacja dzieci w placówkach, Zosia uwielbia i chodziłaby nawet w weekendy, szalona, Frans nie aż tak entuzjastycznie, acz nie płacze już przynajmniej i idzie sam, nie targany za kaptur/rączkę/włosy/nogę/plecak. 

no to, khem, kawę wypiłam, internet przejrzałam, czas minął. Odkurzacz, szmata, szafy i po dzieci do szkół. Do pracy!

11:23, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 września 2011
prezentacja zmian

zaczęło się, jak już wspominałam, w niedzielę o siódmej. zakaszlał metalicznie, tego schorzenia nie da się nie rozpoznać. Powitaliśmy pierwsze tej jesieni podgłośniowe zapalenie krtani. Ale że chłopczyk zjadłszy loda wydał nam się okazem zdrowia, zakazaliśmy na wszelki wypadek większych wysiłków i miło spędzaliśmy czas (na sprzątaniu, porządkach, lekcjach, gotowaniu i innych radosnych czynnościach niedzielnych). Pogoda dopisywała, tryskaliśmy humorem, no sielanka. Fransik co jakiś czas kaszlał. 

Tydzień zaplanowany miałam dość szczegółowo: poniedziałek lekcja wiolonczeli, wtorek zebranie u mnie o 17 i u Franka o 17 (zaplanowałam posiąście zdolności bilokacji w te kilkanaście godzin), środa rada i wycieczka do muzeum, czwartek wiolonczela, joga i dentysta, piątek zgon. Bo mąż dziś o 5 rano wybył na "szkolenie", rozumiecie. Wraca jutro wieczorem.

Wieczorem, podczas snu Frans zaczął kaszleć, skończył gdzieś koło 6, żeby po prostu zacząć kaszleć będąc obudzonym. Mimo tego postanwiłam zawlec go do szkoły, bo nic go nie bolało, bez gorączki, humor nawet niezły jak na poniedziałek rano, po prostu kaszelek. Wyjechałam na sygnale o 6.55 (nie pytajcie, o której wstałam, a noc można podzielić na dwa etapy: zamartwianie się o kaszlącego syna i organizację najbliższych dób oraz śnienie o zamartwianiu się o wyżej wymienione kwestie, także efektywnie nie wypoczęłam), zawiozłam Zofię, ulokowałam w świetlicy z (surprise, surprise) wiolonczelą, której hurej nie zapomniałam, w biegu do samochodu, i na sygnale pod szkołę Fransa (mamusiu, niedobrze mi, synek jeszcze trochę, zaraz zwolnię, oddychaj głęboko, załóż kaptur, otwieram okno, włączam nawiew, mamuś niedobrze mi, synek patrz, nowa droga, jechałeś nią kiedyś, mamuś zaraz zwymiotuję, synek no proszę zaraz jesteśmy pod szkołą, tu mam zaparkować? bleeee), która to podróż zakończyła się wielobarwnym wielokrotnym pawiem na spodniach, kanapie, foteliku, fotelu, butach, dywaniku i okolicach. Nie zacytuję, co wyszeptałam pod nosem, gdyż były to szpetne szepty. Zainicjowałam więc serię jesienną wizyt u pediatry w celu wynorania opieki na dwa dni. A mamusia ma się ucieszy, że zaraz po powrocie z wakacji zaserwuję jej wnuka na kilka godzin.

Czy muszę dodać, że synek, wtulony w me ramię mocno, uradowany i pełen energii i zdrowia kaszle bardzo zdawkowo i nie narzeka na brzuch w ogóle (bo wymioty, moim zdaniem, były efektem choroby lokomocyjnej, kaszlu i nerwów szkolnych), bawi się, jest anielsko grzeczny i nieziemsko szczęśliwy...dziękuję ci, essi dżonson w osobie minister Hall za te wątpliwej jakości przyjemności, które poniekąd i pośrednio serwujesz mojemu dziecku.

Ale teraz będę się chwalić:

przód:

maj 2010 wrzesień 2011

tył (taras jeszcze trza położyć, acz czasu brakuje):

maj 2010 wrzesień 2011

bok:

maj 2010 wrzesień 2011

I jak?

11:23, chud-sza
Link Komentarze (4) »
niedziela, 11 września 2011
dekada

W piątek zadebiutowałam. Zajęłam miejsce po drugiej stronie biurka i poszłam na zebranie. Na 18.00 Wróciłam już po 21, bite dwieczterdzieści w maleńkiej ławce na rozmiar 122. Macierzyństwo wymaga poświęceń. Wielu.

Rodzice wydają się być normalni, prócz kilku wybitnie przewrażliwionych, może wyrosną.

Dzieci wymieszane totalnie, sporo sześciolatków, niektóre dzieci jeszcze na końcówce pięciolatki, różnice kolosalne... Za nami także wiolonczela, pani zrobiła naprawdę dobre wrażenie - uśmiechniętej i radosnej i cierpliwej. Zosia zapamiętała naprawdę wszystko. 

Frans jakby oswojony (choć dziś o 7 radośnie rozkaszlał się krtaniowo, rozkosz sama), zobaczymy, co mnie czeka po weekendzie, już dziś śniło mi się, że zapomniałam wiolonczeli, że Zosia nie spakowała tego, co trzeba, że zaspałam, stanęłam w korku (co w Poznaniu jest obecnie po prostu smutn a normą) że ogólnie chujna z grzybnią.

No ale co, no chyba damy radę, nie?

13:12, chud-sza
Link Komentarze (6) »
środa, 07 września 2011
ogarnięci

tytuł tego wpisu nadany jest może nieco i z lekka na wyrost, ale. Pierwszy tydzień roku szkolnego za nami i ofiar nie ma. Ani w nauczycielach, ani w rodzicach, ani w dzieciach (acz było blisko, gdyż rodzeństwo zamieszkujące pod moim dachem - czaicie, że nadal nie mogę czasem uwierzyć, że to MOJE DZIECI???, skąd przyszedłeś chłopczyku? - ostatnio tłucze się ewentualnie spychając ze schodów, także: kto wie...). 

koniec wakacji okazał się wyczerpujący, ale zaowocował wprowadzką na górę, czyli MAM SYPIALNIĘ, a dzieci swoje pokoje (i walki wtedy nabrały na sile, sama nie wiem...).

Zofia okazała się stworzona do szkoły (ona, wielbicielka i entuzjastka przedszkola, łkająca w czerwcu nad końcem tego etapu), orzekła iż szkoła jest super (nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż w szkole tej uczy się około setka narybku w sumie, u mnie, na ten przykład setka to jeden rocznik), nauczyciele są ok, dzieci też, jutro pierwsza lekcja nauki na instrumencie.

Frans już takim amatorem swojej placówki nie jest, acz gdy pytam, czy chciałby może powrócić do przedszkola, stanowczo odmawia i dziś trzymał łzy na uwięzi.

Zapisałam się na jogę (setny raz, mam blisko, nauczyciel wydaję się być ok, będę się prężyć i rozciągać. jutro) i leczę zęby, węzeł zaczął się zmniejszać. Chyba idzie lepsze. 

Dół miałam koszmarny ostatnio, mnie też dosięgają informacje o Praniu, Pauli, o tych wszystkich smutkach. Ale się uczę: korzystać z życia, szanować chwile, nie marudzić na wypadające włosy (tylko kupić szampon). I nosić bransoletę! (tak, właśnie przyszła, już mieszka na mojej ręce!)

12:27, chud-sza
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
pogoda dla niebogaczy

Nie ma to jak zapodać sobie na poranny jeszcze lekki i nierozkręcony jeszcze ból główy dobrze funkcjonującą wiertarkę udarową. No ale co ja, biedna, mam począć. Jeszcze kilka dni i Wam pokażę. Zdjęcie. A zimą będę w japoneczkach zaiwaniać i krótkim rękawku, tak będzie ciepło.

Wczoraj udaliśmy się z mężem i rodzicami nad jezioro zachęceni prognozami pogody, i kiedy tylko zamoczyłam stopy w wodzie, słońce zaszło, a mnie obeszła gęsia skóra, która towarzyszyła mi już do końca dnia. Czy się wykąpałam? Ależ. Prognozy pogody rulez. Następny wyjazd nad jezioro za 10 miesięcy.

Dobra, tydzień czas zacząć. Awesome.

09:45, chud-sza
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 sierpnia 2011
literacko

Wakacje, moi drodzy, mierzę często liczbą przeczytanych stronnic (w roku szkolnym przerzucam kartki podręczników, literatura kołysze mnie do snu miarowym odliczaniem sylab do dwudziestej pierwszej trzydzieści dwie). Te na pewno będą udane, gdyż udało mi się łyknąć z wielką satysfakcją:

Piaskową Górę Joanny Bator (jestem w połowie Chmurdalii)

Room Emmy Donoghue

Kobietę bez twarzy Anny Fryczkowskiej

oraz

Merde w rzeczy samej Stephena Clarka;

bez satysfakcji przeczytałam Farfocle namiętności i Nasturcje i ćwoki Marcina Szczygielskiego, które w wydaniu dwuskłądnikowym mają fajną okładkę.

A to nie koniec. Wakacji. Także lista może się wydłużyć.

Uwielbiam czytać.

A świat jakoś mniej jest przyjazny ostatnio, zgarniam niechcący same naprawdę złe wiadomości. Smutki panoszą się w mojej okolicy.

13:00, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 sierpnia 2011
usługi remontowo-budowlane

Wiecie, jak się żyje w otoczeniu rusztowań, a z okien widać wieże styropianu, obok których leży styropian, za którym zaś wala się styropian a w powietrzu unosi się styropian? Mogę Wam opowiedzieć. Jednym słowem. Kijowo. Do tego chaty nie ma jak nagrzać, bo otworzenie okien wiąże się z gwałtownym nalotem białych kuleczek, więc chodzę w polarze, a jak wymykam się na chwilę na powietrze, to mnie ciepło przytyka. Za oknem młodzi (nieletni nieomal) pracownicy chodzą z obnażonymi torsami, ja się okrywam...

Jedyny pogodny tydzień tego lata (nie licząc włoskiego tygodnia, ale to był wyjątek) a taras rozebrany, na drugim rozgościły się rusztowania.

No i prowadzę korespondencję z moją córeńką. Ona pisze do mnie maile. Za stara jestem na tego typu wzruszenia...

09:55, chud-sza
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15