RSS
wtorek, 16 sierpnia 2011
o sole mio...

ależ mieliśmy cudowne wakacje. Dopisała nam pogoda i towarzystwo, Padwa opustoszała i Wenecja zatłoczona, stare Vigevano i nowoczesny Mediolan. Kuchnia, jak można się spodziewać, najlepsza na świecie, tak nam rozpieściła podniebienia, że mam w domu szafę całą włoskich pesto, suszonych pomidorów, oliw, limoncello, win i parmezanu. 

No ale wszystko, co dobre szybko się kończy, my zatem, zostawiwszy nieletnich u babci, wróciliśmy w celu dokończenia prac budowlano-remontowych. I od dziś rano (od siódmej siedemnaście, gdyż dwie minuty się spóźniła ekipa elewacyjna) czuję się niczem głupik w akwarium tudzież główny i jedyny bohater bigbradera, tak to jest, jak się nie ma firan, a rolety na dwóch oknach zaledwie. Szybko więc korzystając z okazji czmychnęłam na zakupy, następnie do internisty, żeby wyniki pokazać, następnie do stomatologa, żeby swoje przecierpieć (a z powodu moich zaniedbań zanosi się na długotrwałe i wielopowtarzalne cierpienia). Po powrocie z kolei miałam wrażenie bycia Najdżellą Lołson i gotowałam obiad (cukinie nadziewane czterema różnymi farszami), czując oddech pracownika elewacyjnego zza okna. W cholerę z takim przedstawieniem, ani nie pośpiewam, ani nie potańczę, nie bawię się! (o pobudkach nie wspomnę, ekipa już wyskakując z dostawczego busa  o siódmej siedemnaście i pięć setnych zaczęła walić młoteczkami w rusztowanie).

Pochłonął mnie kryminał. Bywam nerwusieńka.

16:23, chud-sza
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
z pamiętnika młodej malarki

pokojowej.

(rzec by należało raczej łazienkowej). Farby lateksowe to zło. Po oderwaniu taśmy chroniącej biel sufitu farba odchodzi niczym guma z powierzchni stanowczo większych od zamierzonych. Co trafia malarkę, łatwo wywnioskować. I dopiero po kilku dniach nabiera dystansu odpowiedniego do opisania sytuacji (i ok, farba lateksowa przestaje być złem, bo jest zdrowsza i fajnie wygląda). 

Weekend minął rozkosznie w towarzystwie przyjaciół - mąż nie dotknął materiałów remontowych i wreszcie trochę odpoczął, i zwyczajem tradycyjnych jesieni - paliliśmy ognisko, poszliśmy na grzyby, wiecie, listopad -lipcopad, tradycji musi stać się zadość.

Dziś ogarniam codzienność i nieśmiało zaczynam urealniać urlop w Italii.


12:32, chud-sza
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 lipca 2011
będę żyła

raczej póki co na pewno chyba.

wyniki mam dobre, kilka ups and downs dosłownie ciut od granic normy, OB 2. 

wygląda na to, że to doskonale pielęgnowana hipochondria. 

a ponieważ mam lekuchny niedobór białych krwinek, chlapnę se białego wina dla odmiany. na zdrowie. i wyleczę zęby. i pomaluję łazienkę na wściekły pomarańcz. 

ufff. trochę ulżyło.

(u babci też jakoś, tlen odłączyli, duszności odeszły. tylko ten szpital - czas się w nim zatrzymał we wczesnych latach pięćdziesiątych... ale babcia rozmowna i uśmiechnięta. wyrwałąm się dziś na spacer po szpitalu. szalona.)

BARDZO DZIĘKUJĘ za kciuki i myśli. Czułam je.

19:47, chud-sza
Link Komentarze (3) »
środa, 27 lipca 2011
zawęzłowana

Poszłam dziś upuścić sobie trochę krwi na okoliczność powiększonego węzła chłonnego, który mi nie daje spokoju (a głowa produkuje NAJCZARNIEJSZE scenariusze). W oczekiwaniu na wyniki (a oczekiwania mam jeszcze 24 godziny) maluję taborety, piekę ciasto czekoladowe, sprzątam i tańczę. Wszystko, aby odeprzeć czarnowidztwo.

Gdyby ten węzeł był oznaką czegoś złego, we krwi (morfologii, rozmazie i OB) wyjdzie coś, nie? Innemi słowy: jeśli wyniki będą w porządku - nie będę musiała w popłochu sporządzać testamentu? 

Nienawidzę martwić się o zdrowie własne i bliskich (moja ukochana Babcia w szpitalu z niewydolnością oddechową i zatrzymaniem moczu). Kiepski ten tydzień i perspektywa wakacji nie pomaga jakoś na smutki i rozmyślania kosmate.

11:38, chud-sza
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 lipca 2011
wejście służbowe

Wspięłam się ostatnio na wyżyny mych umiejętności, khem, khem, pisarskich i zeżarło mi notkę. Nijak jej odtworzyć, skoro nawet nie pamiętam, co i o czym pisałam. No trudno już.

Dziś natomiast obudził mnie mąż zwlekający z przemianą weekendu w codzienność, było koło ósmej, mrugnęłam, otworzyłam oczy, dochodziła dziesiąta, a synek puchaty z mozołem przekrawał bułki przyniesione ukradkiem przez ślubnego i, dojrzawszy me otwarte oczy, poinformował mnie, iż właśnie robi nam śniadanie do łóżka. Trzy minuty później przy głowie stał talerz, na którym leżała bułka z masłem i dżemem, pyszna! (drugi talerz o podobnej zawartości przygotowany był dla Zofiji). Synkowi dumnemu ze swych dokonań nie wystarczyło już motywacji do zrobienia śniadania dla siebie, więc porcję dla niego przygotowałam już ja.

Siedzimy sobie zatem na tarasie kończąc śniadanie i korzystając ze słońca, które nie piecze, ale rozkosznie grzeje. Frans pociąga nosem. Raz, drugi, piąty. 

- Franek! - wołam go licząc, że będzie wiedział, o co chodzi (chodzi o wytarcie nosa). A on mi na to głosem zdecydowanym ale z nutą zawodu:

- jak jesteś taka słuzbowa, to jus ci nigdy nie zjobie takiego sniadanka do łóska.

Kurtyna. Oklaski. Rechot do łez...

11:21, chud-sza
Link Komentarze (5) »
sobota, 16 lipca 2011
owocowo

Przejechaliśmy na rowerach jakieś dziesięć kilometrów po górkach i dołkach, i nie byłoby w tym nic dziwnego, czy godnego chwalenia się, gdyby nie uczestnictwo w tych dwukołowych wyprawach niespełna pięciolatka. Dał radę Franczesław doskonale! Po wyczerpującej przejażdżce udał się grać w piłkę, duracele małe mają niewyczerpane pokłady energii. 

Pojechałąm też dziś na zakupy do niemieckiej sieciówki i nabyłam między innymi owoce. Sezon, przypominam, w pełni owocowy. A w moim koszu wylądowały: nektarynki, arbuz, melon, banany. Khem. Zapłakałam w domu nad zakupami i postanowiłam owoce kupować w warzywniakach, acz dszłam do smutnej dość konkluzji, iż owoce rodzime (mamy sezon zdaje się na jagody, maliny, czereśnie, wiśnie może, porzeczki, które mam na krzaku sąsiada i tak dalej) są daleko droższe od importowanych i mogą być dla niektórych luksusem, prawda???

Rano w sobotę, zgodnie ze zwyczajem, mąż zjawia się w domu z bułkami i Gazetą, z której najbardziej mnie w sobotę interesują obcasy. I tak sobie je przeglądam, podgryzając drugą (i trzecią, poważnie) bułkę z dżemem i WTEM barbarella!!! Przeczytałam wywiad, w którym wspomina pierwszą żonę oraz poznańskie blogerki w ogóle, pośmiałam się (barbarellę znam nie od dziś, wiele książek do mnie trafiło dzięki jej recenzjom nietendencyjnym) i gazetę zamknęłam, gdy przyszedł do mnie esemes od Przyjaciółki, w którym odkrywa ona drugie dno owego wywiadu, czyli że ten tekst i o mnie traktuje.  Oprócz tego, iż zapłonęłam rumińcem, jak dzięcielina (jakoś tak to chyba szło), to urechotałam się setnie, gdyż ZAWSZE gdy podczytuję cudze blogi, mam wrażenie, iż mój jest mdły i nudnawy i pospolity. Także gdzie tu barbarella - celebrytka i inne gwiazdy blogosfery. Ale miło jest mi bardzo! Dziękuję, Anno!!!

Upiekłam dziś tartę (nie miałam borówe, więc wkroiłam banany), i choć nie jestem tarta-type, to wyszła zjawiskowa. Niebo w gębie, zaprawdę.

23:44, chud-sza
Link Komentarze (4) »
piątek, 15 lipca 2011
jabłkowo

Jabłka podobnież są pyszne tego roku na naszej jabłonce. Jest to zdanie tłuściutkich, wypasionych, wysokobiałkowych białych robali, które częstują się, ile wlezie. Żadnej sztuce nie przepuszczą. No ale chciało sie mieć ekologiczne drzewa nieskażone opryskami, to się ma jabłka na tarty albo inne wypieki, bo jedynie części z nich nadają się do konsumpcji. Brzoskwinia tymczasem postanowiła obrodzić nietypowo i wydała na świat słownie DWA owoce, z których jeden wziął i spleśniał na drzewie a drugi zerwały dzieci i zjadły nieco jeszcze cierpki. Czereśnia była się obraziła i nie owocowała wcale (i to tyle w temacie drzew owocowych w moim, ekhem, ogródku).

Dziś jest mi zimno na zmianę z gorąco, w związku z czym udam się do żelazka na zmianę z chłodnym prysznicem (onie, nigdy przenigdy...)

20:09, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 13 lipca 2011
pomocy

Jest we mnie lęk. Taki życiowy lęk. 

Wczoraj dostałam maila od Piotra, taty Ali. Mojego bloga nie czyta wielu, może Wasze są bardziej poczytne? sam fakt nagłośnienia może pomóc. Boje się życia czasem (cytuję, zwykłe kopiuj/wklej, bez przeróbek, opuszczeń i redakcji):



prosimy o jakiekolwiek wsparcie finansowe dla naszej corki Alicji.

www.dlaali.pl

bedziemy wdzieczni za kazda przekazana nam zlotowke.
dziekujemy
 
21:54, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 lipca 2011
budowlanka

podreperowawszy manikjur (niebieski na ten weekend, fiolet w natarciu), stanęłam wczoraj nad żelazkiem. Cztery (słownie C-Z-T-E-R-Y) godziny pracy w trudnych warunkach. Dramat. A dziś co? Oprócz naprawdę udanego wczesnego południa i spotkania po latach znajomości jedynie internetowej na żywo Gani (spotkania bardzo sympatycznego i rokującego kolejne) oraz po latach Agry (fajnie było Ich zobaczyć, choć od ostatniego spotkania ubyło ich połowę), czeka mnie praca na budowie - idę więc zniszczyć mój manikjur (widocznie taka jego rola, by kulał) na szlifowaniu ścian...

19:46, chud-sza
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 lipca 2011
she's back

zaledwie na dwadzieścia cztery godzny z niewielkim haczykiem wybyła ma piewrworodna złota córeńka, by wróciła nadąsana i niezadowolona z wszystkiego niemal nastolatka w faze buntu. Odszczekiwała stęsknionemu bratu, warczała na rodzicieli i ujadała na rzeczywistość. Kilka moralizatorskich jednak pogawędek później, w wannie, podczas kąpieli stawiającej za główny cel usunięcie skorupy błota, w którym się wytarzała z czubkiem głowy włącznie, opowiedziała mi, iż postanowili, że jutro będą wzorcowi: wstaną rano i zrobią nam śniadanie do łóżka (nienienie, tata idzie do pracy!!! wstaniemy o świcie. nienienie, obudzicie nas!!! będziemy bardzo cichuteńko.), będą nam pomagać, sprzątać, słuchać, tykać jak w szwajcarskim zegarku, a może tatę udobrucha to na tyle, by w czwartek zabrać ich na basen. Grunt to mieć plan. Wieczorem moja kochana córeńka wróciła, sadzając mnie na kanapie (mamo, co ty robisz na tym komputerze, znów się uczysz? no chyba się nie uczysz...) i domagając się codziennej porcji przytulań (przytul się do mnie, proszę to najczęstsza jej fraza ostatnio). 

Na nk (założyłam tam znów konto, by być w kontakcie z uczniami, których pożegnałam kilka dni temu. sami zapraszają, sami odwiedzają, moje grono znajomych poszerza się o kilku nieletnich. na fejsie nie przyjmuję uczniów W OGÓLE) jeden z tegorocznytch absolwentów pyta, jak mijają mi wakacje. Pysznie, odpowiadam. Dokonując znacznej paraboli opisuję, iż śpię do południa (góra 9:23), czytam do rana (góra 2:07), litrami pijam kawę na tarasie (góra dwie filiżanki, na tarasie biegiem międy jedną nagłą ulewą a kolejną).

Ale jaką ja książkę czytam, słuchajcie. Łykam rozdziałami i kradnę kolejne strony. Spać poszłam wczoraj z rozsądku, po czym zasnąć nie mogłam. W planach ją miałam przeczytawszy recenzję u młodej pisarki, co czyta, ale książka musiała na parapecie swoje odczekać. Room się nazywa w oryginale, ale od kilku tygodni jest też jej polska wersja. Książka naprawdę warta poświęcenia kilku wieczorów (w moim przypadku będą to dwie noce i kilka skrawków dnia). Nic nie zdradzę. Recenzować nie potrafię. Zaskakuje. Porywa. Emocjonuje. Wakacje dają radę (i nawet udaje mi się posprzątać i ugotować i wytarzać się po podłodze z nieletnimi w łaskotach, pierdziochach i innych radościach, tylko manikjur kuleje...).

22:27, chud-sza
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
these days are over...

Znacie motyw: bardzo dobrze, siadaj, trzy plus? Doświadczyłam go na własnej skórze w sobotę. Po egzaminie ustnym (wylosowałam pytanie nawet przyjazne i niewymagające specjalnego przygotowania) usłyszałam, iż komisja, znając moje możliwości (z jednym z członków komisji miałam dwa lata zajęcia z fonetyki, jest moim guru, ale wyłącznie w fonetyce brytyjskiej, na zajęciach bywał wyjątkowo nieprofesjonalny, z panią miałam super wykłady - interesujące, prowadzone w bardzo atrakcyjny sposób - z polotem, humorem, ale bardzo rzeczowo, bez hocków klocków w postaci power pointa i fikołków potrafiła nawiązać kontakt ze studentami i ich tematem zainteresować) to nie był mój najlepszy występ EVER, pisemny zdałam na 73 procent - translację 19/20, gramatykę 25/30, esej w sumie ok, choć mix of ideas, "pojechałaś po tym eseju naprawdę" (byłam z niego nawet zadowolona, oh well), gorzej poszło mi słownictwo, ale nie było, i nie jest to wyłącznie moja opinia, ono łatwe. Kiedy próbowałam swój słaby występ usprawiedliwić ogromnym stresem (z nerwów chciało mi się, excuse me, rzygać i płakać jednocześnie), pan stwierdził, że gdy on ma tłumaczenia konsekutywne albo kabinowe, poziom stresu jest podobny i dopiero wtedy sprawdza się, ile nasze umiejętności są warte. Hmmm. Konkludując, usłyszałam, że jestem bardzo dobra, i oni (komisja) się o mnie nie martwią, ale overall impression trzy i pół ("wiemy, że nie będziesz z tej oceny zadowolona, bo jesteś bardzo ambitna"). Na koniec pani dodała, że moja obecność na jej wykładzie była przyjemnością (ja także z wielką przyjemnością w pani wykładach uczestniczyłam, seriously). Na egzamin poszłam pierwsza - po pierwsze z powodu koszmarnych nerwów, nad którymi trudno mi było zapanować (w głowie po egzaminie urodziło mi się KILKANAŚĆIE poprawnych, swobodnych i wygładzonych wypowiedzi z użyciem wyrafinowanego słownictwa, stres paraliżuje moje językowe umiejętności, as it seems) i z powodu Zosi, która czekała na mnie z rozpoczęciem świętowania. Być może zapłaciłam frycowe za to, że byłam pierwsza (choć okazało się, iż trzy plus to był drugi rezultat w grupie, były też ze trzy tróje i wiadomo co z resztą), a być może trafiliśmy jako grupa na wyjątkowo wymagającą komisję - nie wiem. Po wyjściu z egzaminu, zanim w objęciach męża wylałam łzy wstydu i żalu, usłyszałam jęk i szmer w grupie i nieukrywany szeptem głos "ja myślałem, że Gosia to piątkę dostanie...łatwo nie będzie...". Po powrocie do domu nie rzuciłam w kąt książek, tylko zaczęłam snuć plany mające na celu wzmocnienie moich językowych umiejętności (będę: więcej czytać, oglądać, pisać i mówić, nawet do siebie, po angielsku, pojadę do Anglii, nie wiem kiedy i za co, ale pojadę), co zaowocowało snami i koszmarami. No ale co. Nie będzie mi tu nikt imputował. Poprawię się.

17:14, chud-sza
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 lipca 2011
happy b-day. how come?

Zosia skończyłą wczoraj siedem lat. W cholere, nie? Jasny gwint, nie wiem, kiedy ani jak, z małego szparaga, ważącego zaledwie 2950g stała się przepiękną pannicą, mądrą i niebywale elokwentną, co niejednokrotnie mnie do rozstroju nerwowego doprowadza. Jest niewyobrażalnie sprawna (wiem, dobra, przesadzam, przemawia przeze mnie matczyna ślepota, ale ma sport w sercu, na pewno) i bardzo umuzykalniona.

Wczoraj dostała sporo prezentów, gry, zabawki, globus, z którego ucieszyła się bardziej, niż myślałam, ale kiedy po obiedzie i kawie, kiedy goście się rozpierzchli, a chmury nadal obficie częstowały rzęsistymi opadami (czujecie, iż mąż napalił w kominku, taka zimnica była?? Jeszcze w lipcu nie paliliśmy!) mąż zapowiedział wyjazd na basen i rozradowana i ucieszona solenizantka wykrzyknęła na pół miasta, że to dopiero jest najlepszy prezent urodzinowy... (nie żeby jej wypominać, ale była to trzecia wizyta na basenie w mijającym tygodniu, mała rzacz a cieszy).

oto i Ona. Zosia (l. 7)

Egzamin miałąm też wczoraj, ale o nim kiedy indziej. Jeszcze nie ochłonęłam.

17:36, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 29 czerwca 2011
fast car

jak nazywa się dom much? Dom pszczół to ul, dom mrówek to mrowisko, jak, do cholery, nazwać dom much, bo nie wiem, jak nazywa się miejsce, w którym przyszło mi mieszkać? Mieliśmy mrówki, były plagi komarów. Odwiedzały nas meszki, co rok - inne owady. Tegorocznej jednak plagi nienawidzę. Wieczorem urządzamy rzeź, a już o czwartej rano rozrechotane gównowłazy radośnie stąpają po naszych twarzach w dupie mając teksańską masakrę piłą mechaniczną, którą ich bracia przerżnęli poprzedniej nocy. Bitwa, a nie wojna, zdają się wybzykiwać. Nie dam się jednak. Nabyłam wczoraj drogą kupna moskitiery (dziś się, wurwa mać, odklejają złośliwie, na pewno kolaborują z licznym wrogiem, w masie siła, jak mawiają), wykupiłam zapas pacek z lokalnego agd, i tłukę namiętnie, celowo nie usuwając cmentarzyska z podłogi, żeby pozostałe osobniki WIDZIAŁY, czym grozi latanie w moim sąsiedztwie. I co? I gówno. Na piętnaście zatrzaśniętych, pojawia się stu uśmiechniętych zastępców. 

No dobrze. Nie tylko muchami jednak człowiek żyje (doprawdy?). Inną drogą kupna (allegro.peel) nabyłam maszyne wszystkorobiącą do kuchni i się wyżywam kulinarnie. Wczoraj dzieci i ja (mąż stanowczo odmówił) spożyły napój z pietruszki, Zosia dzielnie wysączyła z zatkanym nosem, Frans dwa razy niemal puścił pawia, ale też skończył. Dziś ugotowałam pyszną owsiankę, zrobiłam też kubusia domowego, kawę cappuccino, upiekłam ciasto, jak widać czasu na naukę nie zostaje mi zbyt wiele. Acz się staram. Acz mi nie wychodzi. 

Dziś do nauki włączam Tracy Chapman. Promise.

19:12, chud-sza
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 27 czerwca 2011
it is on.

the exam is in motion, także beware. Pisemne części za mną, ustna w najbliższą sobotę, wtedy też poznam rezultaty. Poki co leniwię się serdecznie i podsłuchuję dziatki przesłodkie:

ja: Franio, zdejmuj te skarpety, nie chodzi się w skarpetach i sandałach...

Franio: a, tak jus zdejmuje, psecies będzie obciach...

Jako, że jesteśm umuzykalnieni, Zosia najbardziej, muzyka w naszym domu rozbrzmiewa często. Leci więc Zakopower i piosenka ze szczytów list przebojów. Zosia śpiewa: i dopiero gdy, zawołasz but, to pożegnam wszystkie te rzeczy i znów pójdę boso, pójdę boso, pójdę boso, pójdę booooosoooo". Uwielbiam dziecięce interpretacja (typu "hulajże Jezuniu..." i "i pana czysta i pana czysta porodziła syna").

Pojechałąm dziś z dziećmi na rowerową mini-wycieczkę. Pierwszą w życiu samotną wycieczkę na sześciu kołach z dwójką dzieci. Wszyscy żyją. Stop. Stos książek czekających na parapecie na przzeczytanie zaczyna rosnąć, ale już dziś zaczęłam ten stos rozpracowywać, te wakacje nie będą stracone na pewno.

Zapuszczam Archive i wracam do czytania. 

13:05, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2011
fiu fiu

w oddalonej o kilka metrów ode mnie kuchni pomrukuje rytmicznie zmywarka. I gdyby nie jakaś frontalna konferencja much, odbywająca się, dziwnym trafem, akurat u nas w domu, i goszcząca setki tysięcy gości, z których nieliczni do domów swych i dziatek muszeczek nie wrócą, w domu byłaby cisza. Bo dzieci wczoraj wróciły, ale od świtu niemalże do zmroku, zasiedlają ogródek (albo to, co my tylko nazywamy ogródkiem). Z kolan nam nie chcą zejść, ale kiedyś muszą, żeby mamusia mogła odkurzyć, zamieść, przygotować smaczną przekąskę i posprzątać po niej. Czyli, jak widać, codzienność. Wplatam w nią jednak naukę, do soboty, kiedy to napiszę ten egzamin (w niedzielę też, ale już nie tak trudna część). Bo, i tu  u powinny zabrzmieć trąby, mam już wakacje!!! I chociaż praca zawodowa przestałą mnie nękać i poganiać. 

wracam więc do nauki, żeby sobie nie móc niczego zarzucić...

fajnie słyszeć ich perlisty chichot zza okna!

20:32, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
terminarz

ślub - ślubem, wesele - weselem, ale czas się ogarnąć i wrócić do żywych. no to jestem. Na płaskich obcasach dla odmiany (chociaż sobie sandały na taaaaakiej koturnie kupiłam ostatnio, że mnie koleżanki nie poznają) zapieprzam drobiąc kroczki i nijak na zakrętach nie mogę wyrobić, ale zbliża się meta, już widzę finisz, także istnieje jednak szansa, że nie padnę na ryj tuż przed końcem. Trudny to był dla mnie rok, pracowałam praktycznie na dwóch etatach w szkole, do tego studia, dom z remontem, dzieci i mąż do uprania, wyżywienia i ogarnięcia i w tym wszystkim ja, ciekawa wszystkiego, która się ciut zapuściła. Mam powiększone węzły chłonne (albo ślinianki, don't ask me), oczywiście już się zdiagnozowałam (chłoniak is his name), ale może to tylko osłabienie. W wakację się w każdym razie wybiorę do doktóra, chyba, że mi przejdzie moja hipochondria. 

Moje dzieci tymczasem od tygodnia ponad byczą się u cioci na wakacjach. Wiem, że w środę posikam się z radości z ich powrotu, ale póki co kontempluję ciszę, beztroskę i wolność. Nie ma we mnie kszty kwoki. Cieszę się, że dobrze się bawią, że nie tęsknią nadmiernie, i że i ja ten stan bardzo lubię!!! A do tego doszłam do wniosku w wyniku obserwacji uczestniczącej, iż dzieci bardzo generują koszty: gdy ich nie ma, zmywarka nie ma co zmywać, pralki pełnej nie mogę uzbierać, nikt nie wypija hektolitrów soków, odkurzacz stoi w kącie wyjmowany nie dwa razy dziennie a raz w tygodniu, nie wiedziałam, że dzieci tyle kosztują tak na co dzień!!!!

Ale nic to, przecież są świetne i bezcenne, prawda?

i uczę się, gdyż za tydzień (to wersja optymistyczna, gdyż tak naprawdę w sobotę, ale przecież tydzień brzmi lepiej!) mam ten egzamin i słabo to raczej wygląda...

żeby sprawy nie pogarszać, chyba się pouczę (o czym ja będę pisać za rok, kiedy już obronię tę kolejną magisterkę i skończę studia? o podyplomówce??!!??)

20:55, chud-sza
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 czerwca 2011
ach co to był za ślub...

 

do białego rana... i jak cudownie bolą mnie wszystkie mięśnie. Jeden wieczór zabawy, a bólu na kilka tygodni (sińce i krwiste wybroczyny nie wchłaniją się ot tak). Kiedy jednak pytają mnie, czy warto, bez wahania odpowiadam, iż TAK. Jako, że każdy członek rodziny był funkcyjny (czyt. Zośka z Fransem nieśli obrączki przed młodymi, Mąż świadczył, a ja czytałam pisma), czuliśmy ciężar i obawialiśmy się odpowiedzialności. A było cudnie! Moje obuwie nie dość, że rzucało się w oczy, to było, UWAGA, wygodne!!! Służyło mi do północy, gwarantowało długi lot i niezapomniane wrażenia przy upadku (zaliczyłam dwa bez stanu upojenia jeszcze) i nie doświadczyło pęcherzami, obtarciami, odciskami ani innymi mechanicznymi uszkodzeniami naskórka. Później współpracy odmówiły po prostu odnóża, ale nie będą mi france na weselu psuć szyków i dyktować warunków, więc i tak schodziłam z parkietu ostatnia z mężem, wymęczywszy uprzednio pana młodego solidnie. Dzieci na weselu też zachowały się godnie, pozwalając rodzicom tańczyć, śpiewać, pić i jeść, a zmęczone same poszły spać i dały się z rana zregenerować podtykając pod nos szklankę wody.

jednakowoż w dobrym towarzystwie, a takim to wesele niewątpliwie dysponowało, uwielbiam spędzać czas. Do rana. Nawet kosztem zmęczenia. No dobra, i kaca też!!!

19:33, chud-sza
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 czerwca 2011
everyday is like Sunday

ale miałam fajny weekend.

Nie żebym była specjalnie wyrodna, gdyż zdarzyło mi się zatęsknić i o mężu kilka naprawdę ciepłych słów wypowiedzić w przypływie szczerości, co czynię zdecydowanie za rzadko, bo to jest naprawdę wyjątkowy facet.

Ale wieczór wczorajszy, wieczór z dziewczynami, wieczór w gwarnym, ciepłym, spowolnionym mieście pełnym dźwięków, zmysłowych zapachów, tematów intymnych i zabawnych, wieczór śmiechu i wspominków, szczerości i lęków, zbiegów okoliczności i dobrych twarzy, wieczór o mocy regeneratora, był punktem kulminacyjnym. Doskonałym. Wytęsknionym. Fantastycznym!

teraz zasiadłam przed telewizorem, dałam się rozczarować wynikiem X Factor, pochłonęłam wielki kubek herbaty i czekam na poniedziałek, który jest nieuchronny, ale nie taki zły, gdyż zostały zaledwie trzy poniedziałki i będą wakacje!!! i czekam na podróżników, powinni tu być za godzinę. Robaki moje kochane!

21:47, chud-sza
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 czerwca 2011
kultowy weekend

gdyż bowiem "wyjechali na wakacje wszyscy moi podopieczni", zaplanowałam sobie weekend pełen uciech, a tu przy samochodzie żal, łzy i "będę tęsknić za Wami". trzask i sru pojechali. Ja im na to Malta megastore i zakupy. Mam już piękne buty (a wczoraj, z okazji nadchodzącego ślubu, nabyłam te i choć nie wiem, czy moja noga wytrzyma w nich chociaż do drugiego dania, to wejście będę miała wysokich lotów!), nowy kawiarkę i upolowaną Nigellę Express w języku anglosasów! Sądzę, że mąż następnym razem albo zabierze na wyjazd żonę ze sobą, albo zaplanuje go w weekend wszystkim odpowiadającym. W trosce o domowy budżet (Ale no co, czy tylko ja tęsknotę rekompensuję sobie zakupami? Na pewno nie!!!)

Zaraz zasiądę w wannie, popiję piwo, poczytam marną literaturę, włączę zalegające na twadym dysku filmy z canału plus i może jednak się i pouczę (tylko kiedy, do diabła??).

A jutro wyruszam w miasto!!!

21:13, chud-sza
Link Komentarze (7) »
wtorek, 31 maja 2011
będzie o synku

Bo ostatnio notorycznie o sukcesach córki (i jej choróbskach).

Bo oto po tygodniach prób (a raczej błędów), orki na ugorze, trudów, potu i łez, i nie powiem, sporej porcji zwątpienia, wreszcie wczoraj wsiadł na rower i pojechał na dwóch kółkach. A myśmy już się chcieli poddać i nabyć kółka dodatkowe, bo ręce nam opadały i nogi od ganiania z kijem od szczotki. No ale. Nie potrafi jeszcze wystartować i ze zsiadaniem ma kłopot, ale środek ma już do perfekcji. 

W pracy widać już finisz, lecę trochę na rezerwie, jak wszyscy, z dziećmi w szkole włącznie, ale za trzy tygodnie trzasnę tym wszystkim i zalegnę (później jeszcze egzaminy, ale matko, to się musi kiedyś skończyć). Na wakacje zaplanowaliśmy wykończenie elewacji, wykończenie łazienek, wykończenie góry, wykończenie siebie. No trudno. Ale, do cholery, w wakacje zaplanowaliśmy także wakacje, więc byle do wakacji!

a marzy mi się orange warsaw festival, jak będę już duża, to pojadę. 

20:29, chud-sza
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 maja 2011
ogłoszenie

ekhem, ekhem.

uprzejmie donoszę, iż mam na stranie jedną uczennicę szkoły muzycznej w klasie wiolonczeli!!!

Doprawdy nie wiem, na jak długo, dlatego zamierzam cieszyć się tym faktem i być dumną jak paw, ile się da. Źródła zbliżone do szkoły muzycznej zapewniają, iż na instrumenty smyczkowe kwalifikuje się dzieci o doskonałym słuchu, i tego będę się trzymać. Naprawdę się cieszę. Zosia jest onieśmielona, ale akceptuje. I zapowiada, iż przedstawienia dla rodziny przestaną być tak tanie (dotychczas dwa złote za bilet, ale wpuszczano i tych bez niego). Osobiście - nie mogę się doczekać (mam nadzieję, że rodzice będą rozsądni, jak sądzicie? wiele słyszy się o rodzicach GENIUSZY, rozumiecie...).

rozpoczynam miesięczną serię nauki do praktycznego. dramat po prostu.

a Zosia, mimo obaw, osłuchowo czysta ("ale dla pewności zapiszę pani biseptol, encorton, pulmeo, i dam pani skierowanie do szpitala na wszelki wypadek", uwielbiam pomoc doraźną).

 

22:34, chud-sza
Link Komentarze (5) »
czwartek, 26 maja 2011
słodko-gorzko

kilka cytatów z Zośki z dziś:

- ciocia Gosia byłaby lepszą mamą, bo dużo jeździ na rowerze, studia już skończyła, uczyć się nie musi;

- (do misia, podając go MI): idź do babci...

- (do mnie, po kilkuzdaniowej tyradzie na temat zasypiania o 22 i marnych tego konsekwencjach następnego dnia o 6:30): mówisz do mnie już czternaści minut, mogłabym już spać.

- (w nawiązaniu do nuconej cały dzień piosenki na jutrzejsze obchody, do mnie): a gdzie moje sto całusów?

 - (do babci, pytającej na co zbiera kasę do skarbonki, dotychczas zapewniała o funduszach na meble do pokoju): zbieram na wiolonczelę.

ona, jak się wydaję, decyzję ma już podjętą. i kaszle, kaszle paskudnie...

21:49, chud-sza
Link Komentarze (1) »
środa, 25 maja 2011
po przerwie

Przeszłam obowiązkowy detoks. Z wszelkimi objawami odstawienia, rozważałam terapię grupową. Jakiś ZŁODZIEJ kradnie nam internet i juz po dwóch trzecich okresu rozliczeniowego sieć zalicza zgon. Ale may tu do czynienia z istotą podlegającą procesom reaktywacji, od kilku dni internet śmiga!

Przez te dwa z hakiem tygodnie udało nam sie złapać kolejną infekcję, za momencik okaże się czy to już oskrzela, czy może jeszcze nie, odwiedzić trzykrotnie poznańską izbę przyjęć, w tym raz o 3 nad ranem z podejrzeniem zapalenia wyrostka u Zosi, drugi to kontrolne usg dnia następnego, a kolejny to poddanie Fransa trudnej praktyce wyciągnięcia kleszcza z samego czubka głowy. No i przeszliśmy wszystkie już etapy procesu rekrutacji do poznańskiej państwowej szkoły muzycznej. I obiecałam sobie, że wezmę to na klatę bez nerwów i emocji, po czym, kiedy okazało się, że córeńka przeszła pierwszy etap szłam i szlochałam ze wzruszenia (Zosia też, ona tylko ze zgoła przeciwnego powodu, ona po prostu jeszcze nie wie, że chce chodzić do szkoły muzycznej). Dziś po jej indywidualnym przesłuchaniu wezwano mnie do sali (poczułam się jak uczenniczka malutka, czterech wielkich ludzi i ja, dziewczynka na środku, wdzięcząca się dygnięciem). Pomyślałam, że albo mnie zezwą za absolutne beztalencie przytargane siłą, albo objawią mi następczynię Paganiniego. Nie pomyliłam się AŻ tak, gdyż zapytano mnie, co ja na to, żeby Zochę wpisać na, uwaga, WIOLONCZELĘ. Bo ma doskonałe warunki - ręce dobre (z egzemą, stwardniałym naskórkiem, odciskami od łażenia po drzewach i resztkami czarnych obwódek wokół paznokci, których nie udało się wyszorować nawet szczotką, której to czynności - szorowaniu szczotką - oddałam się z rozkoszą zaraz po przebudzeniu i wstępnych oględzinach rąk rzeczonej) i potencjał też. Zosia ciągle o gitarze, więc jej powiedziałam, że wiolonczela to prawie gitara, tyle że w pionie. No nic, oficjalne wyniki w piątek. stay tuned.

14:50, chud-sza
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 maja 2011
nagroda

spotkał mnie dziś przypadek niebywały - popołudnie i wieczór w samotności. Tat zabrał dzieci do kolegi, a ja, jako, że przecież się uczę i mam zajęcia, wróciłam ze szkoły do pustego domu. Najpierw poszłam jednak do empiku i tam nabyłam listy Osieckiej i Przybory i wywiad z Muńkiem i zamierzam za momencik, zaraz po tym jak skończę wysączać resztki wina, które spożyłam do pesto, i wyjmę ciasto zapowiedziane na weekend z piekarnika, i skończę kolejny odcinek desperatek, i ogarnę zostawiony przed wyjściem chaos, i już (o 22.18) wyjdę na taras poczytać. 

Tymczasem delektuję się ciszą (i poszła wieszać pranie i odkurzać).

17:42, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 maja 2011
odwilż

wydaje się, jakby zima odpuściła na chwilę, więc za momencik, nie zważając na bałagan w domu i zaległości w nauce, opatulę się w kocyk i wybiegnę na taras spożyć kawę, która zapewne, bezczelna, ostygnie, nim zdąże zanurzyć w niej swe spierzcznięte (no bo zima) usta.

upiekłam wczoraj te ciastka, jedno pochłonęłam gorące prosto z pieca, więc nie poczułam smaku za bardzo, połykałam szybko obawiając się poparzeń, ale kolejnym delektowałam się z dziką rozkoszą (choc mi się rozlały trochę podczas pieczenia, jak sądzę ciut mało mąki i może jeszcze jedno żółtko, bo hojnie dodałam banana), dziś podobnie. A na weekend planuję to ciasto. Czy to już obsesja u mnie z tym pieczeniem? Droga Gosiu???

No nic, to lecę na tę kawę, żeby mi słońce numeru nie wycięło i nie zaszło.

miłego weekendu!

11:59, chud-sza
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15