RSS
czwartek, 05 maja 2011
porażka

choroby mijają nam rozkosznie. Kaszelek nie przeszkadza w brojeniu, matki_ignorowaniu, gonitwach, bitwach, przepychankach i wnerwach. Także zen, jak można się spodziewać, pilnie potrzebny.

I jeszcze uświadamiam sobie, iż ponieśliśmy totlaną porażkę wychowawczą na polu PORZĄDKOWANIE. Jak nauczyć dzieci sprzątać? Jak ich nauczyć koncentracji na tej czynności??? Limity czasowe, suma kar i ich siła, mój szept, stanowczy głoś i krzyk nie przynoszą żadnego efektu. Nagrody i motywacja podobnie. Mija właśnie dziesiąta godzina i bałagan większy niż na początku, za to zabawy po pachy. Wiadomo po której stronie tego muru chińskiego.

nosz cholera jasna.

20:52, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2011
jeśli mamy maj...

...to mamy też doroczne choróbsko (nie pamiętam już maja bez zapalenia oskrzeli). Zofka kichnęła w niedzielę, kaszlnęła w poniedziałek a wczoraj zaległa z kaszlem nieziemsko wątrobowym (ewentualnie spod samej dwunastnicy). Także 14.20 pediatra welcome to. 

Weekend upłynął nam wybitnie kulinarnie (ile ja napiekłam i napichciłam, nie macie pojęcia, wojsko by się najadło), ale ochroniłam wątrobę, kilka kieliszków wina zaledwie na te kilka dni ujdzie (a zawsze w takie weekendy moją wątroba błaga o litość). Minął rok, słuchajcie, od naszej pierwszej przeprowadzki. I pół roku od powrotu do domu. Góra się wykańcza, stoją ścianki działowe, wygłuszone w 75 procentach. Myślę, że za trzy miesiące będę miała, po siedmiu latach, własną sypialnię. Exciting, isn't it?

i tylko ten śnieg i mróz dziś w nocy, który mi położył pięknie zapowiadające się rośliny, nieco zmącił mój spokój.

i usta usta, których końca absolutnie też nie rozumiem, Zimowa, nic Ci nie wyjaśnię, bo to zakończenie jest dla mnie tragiczne, co on, wsiadł do taksówki podróżującej po autostradzie do nieba?? Bo nie chce się z nią rozstać? A ona z nim wsiadła? Taki początek i taki koniec, jasny gwint.

idę sprzątać, zamiast się wątpliwej jakości rozmyśleniami dekoncentrować. bo mi się w nocy nazbierało podczas snu, cholera!

..............

UPDATE

zgodnie z moimi jakże trafnymi podejrzeniami (popartymi latami doświadczeń) mamy zapalonko oskrzeli. zaledwie miesiąc po poprzednim przecież (o którym nie miałam pojęcia, bo mąż niedosłyszał, a skoro nie miała zapalenia, to leków nie podałam i po dwóch dniach była zdrowa SAMA Z SIEBIE, więc i teraz się łamię z lekami, błagam Was, zawsze to samo). A ja tymczasem, podglądając jednym okiem chmury przynoszące oczekiwany tygodniami deszcz, drugim Desperatki, a trzecim rozpalony maksymalnie kominek, uczę się słówek (czujecie tę efektywność, prawda) i planuje jadłospis (kupiłam dziś gofrownicę zgodnie z zaleceniami o mocy 1200w i kiedy już utarłam masło z cukrem okazało się, że mąż zużył wczoraj wszystkie jajka i z dzisiejszych gofrów nici). No ale, co sie odwlecze... jutro wyczekane będzie lepsze! Czymś trzeba sobie tę zimę umilić.

10:54, chud-sza
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 maja 2011
maj, majuś, majeczek...

Jeśli dziś jest święto pracy, to my celebrujemy je w znakomity, doskonały, wszechwielki sposób, czyli pracujemy. Mąż wali w gałęzi remontowo-budowlanej, ja stukam w edukacji, dzieci zakatarzone na parterze łóżka piętrowego przy pomocy matki, zbudowały kino domowe i na samochodowym dvd 7 cali ogłądają zachwycone Mikołajka. Dementi jednak jedno musi zostać wypowiedziane: moja praca umysłowa rozpoczęła się od soczystopomarańczowego pedicure inspired by chustka i szybkiego przeglądu stron internetowych, i ta praca będzie miała swą kontynuację w kuchni, gdzie upichce naprędce jakiś obiad i muffiny czekoladowe albo jakieś inne. I może koło 22, kiedy odprawię gości, poczytam i powkuwam. No ale, nie wszystko na raz.

A Wy jak? Pochód? (swoją drogą, ludzie to mieli w tamtych czasach dużo czasu, że na pochody chodzili, nie?)

12:48, chud-sza
Link Komentarze (5) »
środa, 27 kwietnia 2011
spomiędzy

Nerwowo drga mi powieka, gdy po przejrzeniu 35 stron moich wypieków (blox.pl) nie mam faworyta na długi weekend. Mam za to tuzin faworytów. Wszystkiego nie da się upieć, prawda? A raczej: wszystkiego nie da się zjeść!

Trochę mi nie na rękę te trzy dni pracy w przerwie między jednym wydłużonym weekendem a drugim, ale co, no, mus to mus, lekko nie ma. Rekompensuję sobie ten niefortunny powrót do pracy, tę przerwę w wypocznku, te katorgę zawodową jednakowoż kadarką za 7,87 z biedronki na tarasie wolnutko sączoną i delektuję się wiosną, która zaraz przecież się skończy (i wróci cholerny październik, który jak kiedys wyczytałam tak naprawdę nie jest miesiącem a stanem umysłu...).

i jeszcze te usta usta. Rozniosły mnie wczoraj emocjonalnie w kompleksowy sposób. Pół nocy szlochu, pół dnia przemyśleń. Ot i serial komediowy.

19:06, chud-sza
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 kwietnia 2011
i już!

Kochani,

jako że u nas babka dumnie się pręży na stole, a sernik nieśmiało zerka z narożnika, flirtując z mazurkiem bakaliowym i tortem a'la dacquoise, pasztet odbywa pogaduszki z pieczoną karkówką zagadując chrzan i białą, okna nie są idealnie lśniące a i podłoga nie błyszczy nadzwyczajnie (no dobra, no, wcale nie błyszczy), życzę Wam, byście i Wy mieli to w nosie i cieszyli się sobą, słońcem, wiosną i czasem.

Tak jak my!

15:40, chud-sza
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 kwietnia 2011
czwartek tuż przed

Zrobiłam dziś rzecz charakterystyczną dla matek niegodnych etykiety matki polki i wypchnęłam nielaty do placówki edukacyjnej, mimo iż mam dzień wolny. Od pracy. Zawodowej. i już o 9:37 skończył mi się czas wolny, gdyż przede mną porządki, lekcje z maturzystką, zawiezienie dokumentów do szkoły muzycznej, wizyta u okulisty, zakupy, albowiem nawet sera na sernik nie mam ani mięsa na pieczyste, i tak oto do domu wróce zapewne po powrocie maluchów z przedszkola. Wtedy zabiorę się za pieczenie.

Mam jednak wrażenie, iż żyjąc tak intensywnie czerpię to życie garściami, a do tego udowadniam sobie i innym, iż jest ze mnie istota inteligentna. Niektórzy uczeni twierdzą bowiem, iż ludzie inteligentni nigdy się nie nudzą, a dla mnie pojęcie nudy jest wysoce abstrakcyjne (mniejsza o powody, pozory drzemiącej we mnie inteligencji jednak tworzę).

Umyłam okna, efekt jest opłakany, w słońcy połyskują muzgi i niedoróbki, zmyłam za to ochronną warstwę brudu i nie wiem, jak okna się w nowych warunkach odnajdą. Kurz nadal zalega. A jak Wasza, khem khem, przedświąteczna krzątanina?

10:00, chud-sza
Link Komentarze (4) »
środa, 13 kwietnia 2011
utyskiwań ciąg dalszy

Mamy teraz przegląd maminych fobii. Które oczywiście ujawniają się tylko w czasie intensywnej nauki. Czyli znienacka budzi się we mnie pedantka. Piekarnik na błysk wygłaskuję, z nagła uwiera mnie pełen brudnej bielizny kosz, więc nastawiam kolejną porcję prania, szoruję zlewozmywak, piekę chleb, i nawet pokusiłabym się o szarlotkę, ale to byłaby już przesada. Biorąc pod uwagę zdobytą w sobotę pierwszą w mej długiej i rozlanej historii studenckiej pałę z kolokwium, i spodziewając się niestety kolejnej, czy należałoby się zacząć leczyć z tych lęków? (tych o podłożu pedantycznym, a nie ocenowym, no co wy).

Przede mną kolejny weekend w szkole, nie mam ostatnio lekko a najbliższym wolnym weekendem dysponuję w okolicach połowy lipca (drugiej). Przecież to jest jakiś dramat (dodała, szperając po sieci w poszukiwaniu ciekawych studiów podyplomowych, o których pod żadnym pozorem nie może wspomnieć przy mężu).

i wiecie co? znalazłam oto swe oblicze na któreś tam stronie folderu informacyjnego mojej uczelni! Wszystko legalnie, bo decydując się na sesję podpisałam umowę, w której uprzedzają mnie o możliwości wykorzystania moich wdzięków i własnego wizerunku do celów reklamowych, ale nie przypuszczałam, iż tak się stanie. I jakież było moje zdziwienie, gdy się tam znalazłam...

Kwitną mi dwa egzemplarze grudnika. Dlaczego, drogaGosiu, pytam i od razu proponuję dwie możliwości:

1. przespałam oto wiosnę (przespałam, buuuułłłaaaahahaha sama nie wierzę w to, co piszę!!!!) i zbliża się właśnie Boże Narodzenie, więc nic dziwnego, że grudniki kwitną, wszak grudzień za pasem.

2. zima daje mi delikatnie acz stanowczo znać, iż w dupie ma wiosnę i kalendarz i nie odpuściła.

Obie możliwości wydają się prawdopodobne, nie wiem, chyba powinnam się zacząć leczyć. A na pewno powinnam się pouczyć.

chleb pachnie cudnie...

19:19, chud-sza
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 kwietnia 2011
zaproszenie

Zosię zaproszono do wzięcia udziału w procesie rekrutacji do szkoły muzycznej. Uczucia mam wybitnie mieszane. Zgadnijcie bowiem, kto będzie skazany na dowóz - odbiór, przesłuchania i gonienie do ćwiczeń, które są raczej zmorą? Z drugiej strony - jednostka jest to raczej elitarna i nie wiem, czy mogę dziecku stawać na drodze rozwoju. Z trzeciej strony, szkoła nie jest AŻ tak daleko. I WTEM, Frans, do innej placówki już przypisany, zrobił nam niespodziankę w postaci opinii od przedszkolanki muzyczki, iż on jak najbardzie też powinien, gdyż głos i słuch i och ach i iść za ciosem.

Czeka nas kilka decyzji do podjęcia. Zastanowię się nad tym w nocy.

 

17:53, chud-sza
Link Komentarze (3) »
środa, 06 kwietnia 2011
update

Nie piszę na bieżąco, bo moje notki byłyby nad wyraz monotonne w wydźwięku. I tematyce. Jestem po prostu przeraźliwie zmęczona, nie nadążam, boleję nad praniem, o którym zapominam i dwa dni po wypraniu błaga o litość i samo wypełza z pralki. Tygodnie a nawet miesiące, o laboga, galopują z prędkością światła, do tego Zosia drugi tydzień w domu z kaszlem silnym, jutro chyba pójdę do lekarza i spodziewam się diagnozy. Na mój słuch to zapalenie oskrzeli, niestety, przecież już trzy miesiące nie miała.

Na studiach tyle pracy, że nie ogarniam, w pracy zapiernicz koszmarny, ja wiem, życie. Ale w pracy mam tyle godzin, że trzech brakuje do dwóch etatów. Nauczyciele pracują w szkole 18 godzin, ja - 33. Czasem sama się zastanawiam, jak ja to wszystko ciągnę. Chyba siłą rozpędu.

Z dobrych wieści mam taką, że mamy już wanne i rozkoszuję się ciepłymi kąpielami dla relaksu, dziś zamierzam nawet sobie schlebić kieliszkiem wina. A no i zdobyłam się na pełną asertywność i przekazałam rodzinie wieści o świętach na tyle stanowczo, że nie było sprzeciwu, a nawet wydawało mi się, że słyszę pomruki wyrażające zrozumienie.

Dzieci mi dorośleją, ich słowa, gesty, emocje są już takie inne. Oboje są empatyczni. Jasne z modrym, kiedy to wszystko się stało???

Moje przyjaciółki osiągają olbrzymie sukcesy. Pokonują bariery, zmierzają się ze słabościami, z pokusami, stają do walki, wygrywają. Czasem mam wrażenie, że ja stoję w miejscu.

20:13, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 marca 2011
niespodziewane trzy godziny

Już ubierałam wiosenne pantofelki (nogi miałam lekuchno zimne), a na czuprynę wciskałam czapkę (ale taką lekką, nie siermiężnie zimową), kiedy przyszła wiadomość, że wykład odwołany. Zyskałam 3 godziny.

---

Komu, powiedzcie, to ciepło przeszkadzało? Trzy dni słońca i deszcz ze śniegiem w natarciu. Jeden krok do przodu i trzy w tył, na nic moje rytualne pożegnanie z zimową odzieżą, zima sobie z rytuałów nic nie robi. 

---

Fransa przetoczył wirusik, i kiedy dziś obudził się już raźny i zdrowy, Zosię obudził stan podgorączkowy. Także na zachodzie bez zmian, jak nie jedno, to drugie, nikt matki nie oszczędza.

Rodzina stawiła się w komplecie punktualnie i w radosnym nastroju. Nie mogę narzekać, mówiąc szczerze, bo zajęli się dziećmi, posprzątali mi dziś kuchnie za lodówką włącznie, ugotowali obiad i gdyby nie ta ciasnota - odszczekałabym pokornie to, co mnie tydzień temu zważyło. Ale nadal niestety uwiera mnie brak miejsca, hałas, kiedy potrzebuję spokoju i konieczność milczenia, gdy potrzebuję sie rozruszać.

---

W tak zwanym międzyczasie Tato przeszedł zabieg oddrutowania łękotki złamanej siedem miesięcy temu, ale jakoś tak poszedł i zaraz wrócił, nie zdążyłam się po szpitalu pokręcić i dostałam wiadomość "jestem już w domu". Dobrze, naprawdę, trzy zabiegi operacyjne w ciągu roku. Wystarczy, uważam.

Użyję jednakowoż tego zyskanego czasu na naukę. Niech wzbogaci się moje słownitwo, hej! 

15:55, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 marca 2011
tell me why I don't like...

Jednak każdy, nawet najpiękniejszy piąteczek i najlepszy humor od tygodnia można spierdolić (excuse me so very much). Właśnie się dowiedziałam, że we wtorek przyjeżdża teściowa. I nie żebym cokolwiek do niej miała (bynajmniej, phi). Ale nie miałam jej w planach. W planach byłą ciocia z dziadkiem. W planach było spanie jednak na własnym łóżku a nie na ziemi. Ale teściową zaprosił, uważajcie, dziadek (nie żebym miała coś do dziadka, bynajmniej). A nasza sytuacja, niewtajemniczony czytelniku, wygląda tak, iż dysponujemy metrażem 50 m2, z całości jest wydzielona wyłącznie toaleta. Czyli mieszkanie jest jednoizbowe, od pół roku niezmiennie. Mamy jeden pokój. Nie mamy za to łazienki, czyli od pół roku, kiedy dzieci idą spać, wyciągamy z kąta, achtung achtung, wanienkę niemowlęcą, grzejemy wodę w czajniku i jazda przed kominkiem urządzamy na 3 minuty salon kąpielowy. I uwierzcie mi, to nie jest kreacja literacka, figura stylistyczna czy też licentia poetica. This is life. I ona sobie po prostu pomyślała i przyjeżdża. A my? A my, jak takie łosie, chyba kiedyś byliśmy zbyt gościnni, nie wiem.

Święta też szykują się inaczej niż planowałam (planowałam pierwszy raz w życiu spędzić je w wąskim gronie własnej rodziny), ktoś je zaplanował za nas - jak to nie chcecie przyjechać, jak my przyjedziemy, to w poniedziałek będziemy musieli wyjechać (wrrrr, wrrrr, wrrrrr, ommmmm, ommmmmmm, ommmmmm, bo wybuchnę zaraz). Mam nadzieję, że do wtorku nazbieram w sobie tyle asertywności, że w sposób wyważony, grzeczny acz stanowczy powiem, iż swięta każdy u siebie i won mi z własnymi planami dotyczącymi moich świąt. Albo jakoś tak (wypierdalać).

Z miłych akcentów tego weekendu - dom mam już względnie posprzątany, więc jutro pomarańczowe bułeczki zrobię i w spokoju zasiądę do nauki!

Milszego weekendu życzę i jedynie dobrych wieści!

21:05, chud-sza
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 marca 2011
wycieczka życia

właśnie wpadła mi w ucho, jak już tak dyskutujemy o reklamie i marketingu, reklama firmy, która wyjątkowym szczęściwcom wylosowanym w loterii czy w czymś proponuje wycieczki do Japoni. Co za niefart, prawda. No skąd mogli wiedzieć...

20:29, chud-sza
Link Komentarze (1) »
bez rajstop.

No i mi lepiej (nie wiem, może ten wiatr, albo oczyszczający deszczyk, ciemności egipskie, albo może zgoda w domu, doprawdy zagadka), jakoś w tygodniu przed wolnym weekendem funkcjonuję zgrabniej.

Jutro zawiozę kwestionariusze zgłoszenia dzieci do szkoły/zerówki. Klamka zapadnie, nie do końca mam pewność, czy dobrze robię, ale innego wyjścia nie widzę, homeschooling wymaga większej dyscypliny rodziciela i zapału a ja nie... no i chyba nie chcę jednak rezygnować z pracy.

Marzę o wakacjach. O czasie na książki, które leżą stertami na parapetach, w "twoim koszyku", w przechowalniach. O czasie na sen nieprzerywany bezlitosnym dzwonkiem o 5.30. O kawie na tarasie. Jeszcze tylko momencik, prawda?

Kto jeszcze zanosi się ukrytym szlochem przy reklamie Calzedonii?

19:29, chud-sza
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 marca 2011
lecimy!

Mam ostatnio ciężkie momenty, wyczerpałam się, zasoby duracelków są mi nieznane, męczę siebie i innych, mam fazę bycia postrzeganą wyłącznie w roli kopciucha, który to MUSI sprzątnąć, ugotować, ubrać, uprać i uprasować i dopiero wtedy może się na ten przykład, dla relaksu, pouczyć (no bo przecież samam chciałam iść na studia, sama muszę sobie zorganizować czas na owe). Pojawiające się ewentualna pomoc bieży wyłącznie w kierunku męża realizującego się popołudniami i wieczorami budowniczo (o tak, mężczyznom znacznie łatwiej stać się bohaterami w swoich domach), pomoc, którą trzeba obsłużyć i ogarnąć. Not for me, these days.

Jestem zmęczona do granic, moje reakcje mnie przerażają. Jestem nabuzowana i spięta, potrzebuję, nie wiem, wakacji? terapii? dobrej książki niezwiązanej z semiotyką i semantyką?

-----------------------------

w piątek posprzątałam dzieciom ich zakątek. na kolanach. papiery, piękne sztuki origami z gazet, sterta prania spod łóżka, życie kwitnące w kotach kurzu za szafką. I poszłam na uczelnię.

Zosia, skonstatowawszy ład po powrocie do domu, głośno zwerbalizowała swoje wątpliowści - ktoś nam posprzątał. Bóg albo mama. Nie wiem, może jej tę Biblię schowam, żeby po ziemi zaczęła deptać twardo?

mam plan wdrożenia wszystkich w domowe obowiązki. i odgonienia stanowczym WON przesilenia wiosennego, które mnie od środka supła bezwzględnie.

----------------------------

w pracy dolina. któraś musi odejść/zajść w ciążę/wziąć urlop. W moim przypadku urlop jest wykluczony z powodów formalnych, ciąża emocjonalnych, zostaje odejście. walczę i prowadzę ze sobą dyskusję wewnętrzną, czego chcę i jak bardzo. Nic mi się nie chce.

----------------------------

w przedszkolu ciągle odnotowuje się nowe przypadki szkarlatyny. Od dwóch tygodni codziennie ktoś (ententas...), na nas jeszcze nie padło. Obiła mi sie o uszy jeszcze różyczka. W szkole grypa. I na co nam były te mrozy, które przecież dziadostwo wytłuką???

idę pod kocyk pomedytować nad gramatyką. no przecież to wszystko musi się kiedyś skończyć, nes pas?

19:39, chud-sza
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 marca 2011
snow is fallin' all around me

umówmy się - zimo, spadaj! Piąty miesiąc mrozów i śniegu nie przechodzi bez echa, siejąc spustoszenie w moim doskonałym nastroju.

(I tylko dlatego, że mi mama w dzieciństwie powtarzała, żebym publicznie nie naudużywała wulgaryzmów, piszę "spadaj", serce krzyczy co innego.)

Czy klimat tak się zagalopował, iż zamiast obiecywanego globalnego ocieplenia, dla niespodzianki serwuje nam radosną epokę lodowcową? Czy też, jak mawiają najstarsi górole: w Tatrach to momy dziesięć miesięcy zimę, a potem to jus ino samiusienkie lato, hej! i z nagła ta sytuacja obejmuje całe terytorium Rzeczpospolitej? hę?

Nie wiem też dlaczego na chromie blox mi się na cały weekend zepsuł i nadal nie działa, musiałam wrócić do eksplorera, ale z drugiej strony może i dobrze, weekend minął mi szybko i kiepskiej aurze pod tytułem NIEZDĄŻĘNIENADĄŻAMPANIKAPANIKAPANIKA, szkoda pisać i pamiętać.

No i mamy jeszcze w przedszkolu ósmy (pasażer...) przypadek szkarlatyny, mam już internet przeryty w kwestii objawów. Póki co - spokój, nie chcę myśleć, że to cisza przed burzą. Choć spokój to pojęcie względne (w środę kontrolne USG piersi, spokój, powtarzam, to pojęcie względne).

 

20:55, chud-sza
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 lutego 2011
żar z rozgrzanego jej ucha bucha

Jezu pęknę chyba ze złości i bezsilności i deadlinów i tego, że nie mam NIGDY chwili dla siebie (ale nie dla siebie, żeby popachnieć, tylko, żeby napisać pracę, kurdemol). Od tygodnia chucham i dmucham na Fransa, żeby ozdrowiał i poszedł do przedszkola cały i nieszczęśliwy, Zosia przełaziła ten katar i chyba wyszła obronną ręką, po czym poszli dziś na spacer, miało być krótko, było półtorej godziny, Frans wrócił z mokrą podkoszulką, śniegiem w gaciach i skostniałymi girkami. Szlag mnie trafi zaraz.

Po czym mąż udał się z radosnym "paaaa" do marketu budowlanego, a ja zostałam z dzieciokami (no przecież jestem matką, zaraz sobie naprawdę ulżę bluzgami, bo mi para z uszu, osiadając na szkłach okularów, widoczność ogranicza) i mam do napisania tę cholerną pracę i za godzinę jadę na zajęcia. (dobra, to "paaaa" nie było takie radosne, bo go ciut wcześniej nielekko opierdoliłam, MUSIAŁAM, sorry).

Upuściłam ciut jadu po polsku, to odejdę cichutko i spokojniej (przecież jestem matką) do opisywania zjawiska culture shock w języku anglosasów...

mać

17:47, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 lutego 2011
uczelniany zgiełk

wiecie, co jest najgorsze w studiowaniu? Koszmarne po prostu?

Zdobywanie.

Nie, nie nienie, nie chodzi mi o zdobywanie wiedzy, jestem chłonna i chętna, radzę sobie całkiem nieźle. Zdobywanie wpisów do indeksu jednakowoź wkurza mnie głęboko, żeby nie użyć wulgaryzmu. Dziś poświęciłam kolejne, już zdaje się czwarte lub piąte, popołudnie, by złapać, dopaść, ustalić, wpisać, przepisać, zdobyć. I ufffff, z wielkim hukiem mój indeks dzień przed terminem wylądował w dziekanacie. Skończyłam pierwszy semestr, jutro zaczynam drugi, przerwy nie zaznałam specjalnej, ale przecież po co mi przerwa.

Za to mój ukochany syneczek, z którym spędzam uroczy tydzień w domu (czyli jeżdżę i zdobywam wpisy), powiedział mi dziś: jutjo fstanę jano, zabioję Figę na spacejek, pojdę po bułki i ci psyniosę.

Mam z niego pociechę niezłą! I uciechę po pachy.

 

19:31, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 lutego 2011
trzeba mieć fantazję

i dziś z niej skorzystałam, za oknem minus piętnaście, a ja nabyłam śliczne japonki, także wiecie, sorry, lata nie będzie, nabycie przeze mnie obuwia letniego Wam to gwarantuje!

Będzie za to cała kolekcja stworów origami, Zosia połknęła bakcyla i składa z zapałem zamęczając okolicznych dorosłych przy co trudniejszych zagięciach.

Plany na ten tydzień mam tak gęste, że nie wiem, czy znajdę czas na opiekę nad chorym dzieckiem... no ale życie.

A o 1 procencie pamiętacie???? mogę podpowiedzieć, Mikołaj Was potrzebuje!

www.macierzynstwo-bez-lukru.blogspot.com

 

20:31, chud-sza
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 lutego 2011
bogactwo inwentarza

Oprócz tego, iż wczorajsza noc zaowocowała podgłośniowym zapaleniem krtani u Fransa i mieliśmy inhalacje na mrozie i nocne bajeczki podczas inhalacji w domu (udało się hurra bez izby przyjęć), a co za tym idzie mam dziś wolne od pracy, ktoś się przecież pacholęciem zając musi, to moja córka weszła w wiek nałogu czytania.

Umiejętność tę posiadła stosunkowo późno (mać mając 5,5 roku czytała biegle), bo jakieś trzy miesiące temu (trudno to oszacować, naprawdę, bo literki znała i składała je od kilku miesięcy, ale z nielekkim trudem). Ale jak już zaczęła, to wieczorem nie widzi przeszkód w oddawaniu się tej czynnośi do oporu. Wyrażenie "nie widzi przeszkód" w znaczeniu literalnym należy traktować, gdyż ciemności absolutnie jej nie zniechęcają. I tak, o 22.30 nieświadomi niczego rodziciele (czyli my) układając swe zmęczone członki na kanapie, zostają zaskoczeni widokiem rzeczonej pochylonej nad lekturą (obecnie "Biblia dla najmłodszych"). Wczoraj rzekła, że żałuje, iż nie umiała czytać wcześniej. I kiedy tylko wróci z przedszkola - zabierze się za lekturę (jej niedoczekanie, czeka nas sprzątanie, hehehe).

W zwolnieniu dociera do mnie fakt, iż moje dzieci są coraz starsze (teraz niech tylko wyrosną z tych chorób, bo zaraz wizyta u pediatry)

08:40, chud-sza
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 lutego 2011
ćwierkają wróbelki od samego rana.

nadejszła wiekopomna chwila i wszyscy zaczynają mnie poganiać. A ja lekuchno zaczynam panikować, jak mnie poganiają. I w temacie rekrutacji do gimnazjów wiem dużo, jestem alfą i omegą, pytajcie, bez obaw. Natomiast nieco mniej (nic w zasadzie, ale ciii, bo wyjdzie, że jestem złą matką) wiem o rekrutacji do podstawówek, której mam poddać dzieci moje puchate. Oba. Dwa. Córka do pierwszej klasy, syn do zerówki, nie ogarniam. Nie nadążam. Nie dowierzam.

Oprócz tego właśnie spojrzałam, iż drzwi otwarte do potencjalnej szkoły moich dzieci odbyły się dwie godziny temu. Także yay me not.

Źle, źle i gorzej. Weź się do roboty i podejmij tę decyzję, tę jedną szkołę w życiu dziecka wybieramy my. Ciut mi ciąży ta odpowiedzialność...

20:28, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2011
fryzjer

Po siedmiu miesiącach udałam się do mego ulubionego miejsca wypoczynku - fryzjera. Wyszłam zadowolona, balejaż jak sie patrzy! Po fryzjerze w te pędy do domu, bo toczy nas niezmiennie wirus, wczoraj padło na męża, a wiadomo - facet chory - armagedon w chacie. Więc lecę ogarniać, poić, studzić, doglądać, przykryć i przytulić, wyprowadzić psy (bo mamy pod opieką półrocznego haskiego sąsiadów, oprócz wyprowadzania przypadło nam również sprzątanie, niewątpliwie niewymownie przyjemna czynność, prawda) i zagrać wplanszówkę. O fryzurze zapomniałam.

A dziś na uczelni, pojechawszy po wpis z tego i owego spotkałam kolegę, który spojrzawszy na mnie i dzieci, też przetoczone przez stos mikroorganizmów chorobotwórczych, powiedział: Ty wyglądasz znacznie gorzej niż one, one to okazy zdrowia, Ciebie musiało wymęczyć. (wyczucie, do licha, ma facet niebywałe)

Nie wiem, kiedy znów pójdę do fryzjera, skoro zdrowa i nietknięta jelitówką, ze świeżutką blond czuprynką wyglądam chorzej niż te paskudki, pełne energii i zewnętrznego (wewnętrznego też, dobra) uroku.

No chyba, że opieka nad chorymi odejmuje mi zdrowia na oko???

18:58, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 lutego 2011
jesteśmy

Gdzieś tak koło 9.34 łypnęłam lewym okiem (dioptrii +3) dojrzawszy nieład (ojtam) i dwoje nieletnich pod moją kołdrą. Dobrze jest, mlasnełam leniwie i odwróciłam się na drugi bok.

Od niemal tygodnia po rodzinie baraszkuje sobie beztrosko wirus jelitowy. W środę zaczęła ciocia moja najukochańsza, mając jeszcze złudne nadzieje, iż zaszkodziła jej skóka od pomidora względnie jabłka. W czwartek pałeczkę przejął mąż (to na pewno owoce morza spożyte wieczorem, kochanie). W piątek padła Zosia z wielkim hukiem, dosłownie ścieło ją z nóg, drzemała na kibelku z miską na kolanach. W niedzielę w nocy do chóru (a może haftującego koła gospodyń wiejskich??) dołączył Frans, a na południu, skąd wirusa zabraliśmy, teściowa. Guess who stayed alive? Tylko ja się ostałam i ponaddziewięćdziesięcioletni nasz kochany Dziadek. I teraz czekam - kiedy i mnie sieknie. Wczoraj na ten przykład najadłszy się bigosu wieczorem (moja teściowa robi pyszny bigos!!!) nękało mnie przeczucie, że to już. A to zaledwie obżarstwo. Albo dziś przed jedenastą, kiedy zaczęło mnie mdlić, już miałam nadzieję, że to przejdę, a tu chyba głód raczej, bo ciągle nie zdążyłam zjeść śniadania...nie wiem. Także o naszych feriach można powiedzieć wiele, nudno nie było.

Teraz ogarniam, pralka czerwona od intensywności prań, dom po tygodniu nieobecnośi przykryty równą warstwą kurzu, mam do napisania mini-research paper, wyjazd do centrum po kilka wpisów do indeksu, fryzjera jutro, także rozumiecie - wirus DOPRAWDY mógłby sie zlitować i albo przyjść dziś, albo wcale.

Migawka:AZieleniec. Zosia na nartach, sezon drugi.

 

 

12:43, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 stycznia 2011
jubileusze

Statystyki mnie prawie nie biorą. Prawie, bo pewnie, że zależy mi na czytelnikach, których wiem, że mam niewielu, za to wiernych, gdyby nie - nigdy nie zaczęłabym pisać w sieci. I nie, nie piszę dla dzieci ku pamięci, chyba nie chcę by to czytały za wcześnie...

ale mam tu na dole licznik i wlazłszy tu popołudniu ogarniać komenty (bosz jaka jestem trendy dżezi i jakie znam aktualne skróty) i paczę i oczom nie wierzę: 12999. Czyli kto wlezie tu po mnie będzie 13000 wchodzącym. Z góry gratuluję (czyli kongrats).

Jutro ósma rocznica naszego ślubu. Wierzyć się nie chce, a z drugiej strony - jesteśmy ze sobą tyle lat, że zlewa się to wszystko w piękną całość i nikt już nie liczy. Grunt, że miłości nam styka na tę pracę u podstaw (no bo przecież nie na orkę na ugorze), pracę organiczną, jesteśmy, literalnie POZYTYWISTAMI! (tego się trzymając poszła szukać miejsc godnych świętowania!)

18:54, chud-sza
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 stycznia 2011
od rana coś

Jest niemal czternasta, a ja miałam już całe stado nieprzyjemnych przygód i chętnie bym się zwinęła w kłębek i przespała resztę dnia nie prowokując losu.

Po pierwsze rano w popłochu przeszukiwałam komputer w nadziei odnalezienia pliku z przetłumaczonym misternie tekstem na translację. Bez sukcesu, niestety, z dużym prawdopodobieństwem skasowałam go nie zapisując zmian. Dobry kolega powiedział, że "raczej chyba go nie da się odzyskać", co oznacza kolejne popołudnie nad słownikiem (jakbym miała wybór).

Po drugie wróciwszy z zajęć do samochodu, który stał w tym samym miejscu, które okupuję co tydzień, zastałam go z wątpliwej urody ozdobą na kole - pomarańczową, wredną, paskudną i drogą niczym kolia blokadą. Ochłonąwszy chwilę, czekając na straż skonstatowałam, że ignorowany przez wszystkich od kilku miesięcy (odkąd ja tam parkuje, zawsze w rzędzie aut, zawsze na styk, między dziesiątkami takich samych jak ja nieszczęśników) zakaz parkowania to pestka w obliczu braku przeglądu, który skończył się w mojej hondzie 19 dnia miesiąca bieżącego. Pokornie więc przyjęłam mandat (stówka, setunia, seteczka) i jeden punkt karny zostawszy bezlitośnie rozdziewiczoną (to mój pierwszy mandat w życiu) i zmykałam z miejsca przestępstwa grzecznie i przepisowa acz szybciutko, skacząc z radości, że pani strażniczka nie spojrzała do dowodu. Mogło to się skończyć odebraniem dowodu i odholowaniem hondy na parking, a to przyniosłoby znaczące konsekwencje dla mojego budżetu domowego...

Teraz więc delektuję się spokojem domowego ogniska, ale tuż po obiedzie siadam to tłumaczeń przeróżnych, prania, prasowania, przeglądu odzieży i porządków w szufladach...niedziela po prostu. Zwykła i nudna.

14:04, chud-sza
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 stycznia 2011
wiecznie pod górkę

W takie piękne i słoneczne dni (czytacie tę ironię, nie, widzicie ją wyraźnie?) nie mogę się zdecydować czy około południa (czyli w samym centrum dnia pracy ale też w ciemnicę kompletną) bardziej chce mi się spać czy też nicnierobić. Ale ponieważ nie mam do wyboru żadnej z tych opcji, pokornie ziewam ukradkiem i ciągnę tego tira pod wysoką stromą górę. Mając na stanie dwoje chorych i kaszlących nieletnich oraz teściową, która potrzebuje dyskusji akurat gdy poprawiam niezaliczony esej lub gdy próbuję w ładne słowa ująć tekst na translację, chwilami przyjęłabym postawę jaskiniowca i grzałabym do jaskini jak w dym! Na miesiąc! Po czym po tygodniu wrzeszczałabym o litość ale ojtam. Kobieta zmienną jest.

Jutro dzień babci!

20:24, chud-sza
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15