RSS
poniedziałek, 17 stycznia 2011
pomoc potrzebna

klikajcie, jak co roku, jak co dzień, potrzebujących jest bardzo wielu:

http://www.macierzynstwo-bez-lukru.blogspot.com/

dziękuję...

18:08, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
it's been a hard weekend's Monday

Jezu, co za weekend i jego ciąg dalszy dzisiejszy. Najpierw pobudka o 5 w sobotę płaczem i świszczącym oddechem wraz z cudnym szczekającym kaszelkiem. Nie pomogło wyjście na dwór ani parówka nad wrzątkiem. Przyjechało więc pogotowie, którego lekarka zarządziła jazdę do szpitala. Nie wnikajmy w głęboki sens słów pani w rejestracji szpitalnej na temat lekarki, która nie potrafi dziecku zrobić zastrzyku, gdyż musiałabym użyć wulgaryzmów. Spędziłam jednak cudowną godzinę z niemal dwudziestokilowym chłopczykiem na rękach (obuwia mu nie zabrałam, był w piżamie, kurtce i kocu, grunt, że ja byłam kompletnie niemal ubrana). Chłopię po godzinie wzrokiem i rękoma gonił koty na szpitalnym podwórku, śpiewał i żartował, ja po godzinie nadawałam się na OIOM, pognałam więc na zajęcia bez śniadania i herbaty choćby. Mąż zagarnął ferajnę i otoczył należytą opieką, a ja targana rozterkami spędziłam upojne dwanaście godzin na unikaniu zarazków (bo jak wiadomo grypa szaleje). W niedzielę kaszel pierworodnej zaniepokoił mnie na tyle, że dziś podczas osłuchania wyszło zapalenie oskrzeli, antybiotyk, sterydki, cud miód i orzechy.

no więc zadzwoniłam po teściową.

no comments needed, well.

a do tego rodzic mojego ucznia zbeształ mnie dziś przez telefon, następnie pofatygował się do szkoły naskarżyć dyrekcji i obmówić me kompetencje z innymi nauczycielami. Niskie ciśnienie nie było dziś naprawdę moim problemem.

Następny weekend też na uczelni, szykuję się dwa tygodnie z teściową, nie mamy jak pogadać ze ślubnym, rany Boskie, oszaleć można.

17:45, chud-sza
Link Komentarze (4) »
środa, 12 stycznia 2011
co z tą wiosną...

Co za dzień... mąż w pierwszych słowach po codziennym rozejściu się do obowiązków zawodowych oznajmił, że cały dzień zmagał się z dziurawą oponą, złamanym kluczem, ukręconą śrubą i odwołanymi spotkaniami. Ja na to zapodałam mu historię o tym, jak wreszcie na czas i ze spokojem dotarłam do przedszkola, w którym to Frans uraczył mnie soczystym pawiem w wyniku suchego kaszelku, zahaczając moją spódnicę i kurteczkę i z którym na sygnale gnałam do mamusi, żeby placówki dalej niezarzygał, cały dzień zmagając się aromatem haftu na odzieniu, traumą spóźnienia do pracy, niepokojem dotyczącym zdrowia młodszego. Mąż zamilczał na mą opowieść taktownie i nie licytował się dalej.

Później nastąpił wizyta duszpasterska zwana potocznie kolędą (wiem, potocznie zwana jest jeszcze gorzej), ksiądz podpadł mężu memu, gdyż nie wiedział nic o jego mieście zamieszkania przedstudiowego (a to miasto powiatowe, 35 tysięcy, a on pytał, czy to wieś i gdzie leży!!! zagłębie turystyczne, ma u mnie minus, że jasna cholera, powiedział mniej więcej temi słowy).

Następnie nastał wieczór a ja znów w dupie czarnej, streszczenie się kończy, ale ile innych przyjemności przede mną... i te ciemności. Wczoraj na jodze (jak mnie dziś wszystko boli, to nie macie pojęcia) usłyszałam, iż są ludzie, którzy, znając się na rzeczy, głoszą, że to już koniec zimy. Ja się pytam gdzie ten koniec, bo może i temperatury wyższe i śnieg topnieje (ujawniając tony psich gówien tu i ówdzie, na trawnikach i chodnikach, na butach i we wgłębieniach traperów), za to 8 rano to ciemności egipskie i bez lampy nie dasz rady.

ps. czy ja nie tworzę przydługich zdań z wieloma wtrąceniami, aproposami i aluzjami, trudnych do przyswojenia???

19:50, chud-sza
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
zaległości

o matko święta, jak mi się nie chce. Nie żebym miała jakieś sterty robót zaległych. Wyrabiam. I dlatego, mam wrażenie, nie ogarniam kuwety. Im mam więcej na głowie, tym lepiej to wszystko funkcjonuje.

W pracy kłopoty. Posługując się cytatem (niestety bardzo dosłownie): umarł król, niech żyje król. Król, który oczekuje poklasku, a któremu do poprzedniego Króla (Królowej, naprawdę kochanej Królowej) sporo charyzmy brakuje. Zaczyna się wśród bab knucie i szeptanie, donosy i plotki w palarni (którą omijam szerokim łukiem). Dostarcza mi to coraz to silniejszych bodźców zachęcających do dokonania zmian w życiu.

Dziś wieczorem zamierzam rozliczyć się coraz wyżej piętrzącym się górzyskiem prania, montewerestem rzec by można. I zmierzyć się w końcu z tym streszczeniem napisanym do połowy. Do roboty zatem (na kanapie obok zalega piątkowa, sobotnia i dzisiejsza prasa, nieotwarta nawet. Czeka weekendu, jak ja)

20:13, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 stycznia 2011
Remont numer jeden.

Sernik, który wczoraj popełniłam made my day. Po pierwsze dlatego, że był po prostu niewypowiedzianie dobry, co mlaskaniem i dobrym zaprawdę słowem potwierdził ślubny. Po wtóre dlatego, iż wyszedł jak na zdjęciu Doroty, gdybym potrafiła fotografować, bym wam pokazała (i dwie przecudnej urody filiżanki i spodki do nich, którymi uraczyła mnie moja najlepsza przyjaciółka). A tak - mogę tylko opisać bez grafomańskiego nacieku, mam nadzieję, jego doskonały smak.

Pozdrawiam jednocześnie wszystkich, którzy obchodzą długi weekend, nam go odpuszczono, placówka pracuje normalnie, jedyne pocieszenie, że mnie z rana może korki nie dopadną, ale kto wie?

Mąż chyba postanowił się solidnie zabrać za postawienie łazienki, chcąc tym samym ukrócić nasze pielgrzymki do sąsiadów z ręcznikiem i szamponem w jednej a żelem w drugiej ręce. Powiało jakimś remontem, Chryste Panie, ratunku.

 

19:50, chud-sza
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 stycznia 2011
teraźniejszość...

...jest taka, że czas zakasać rękawy i wdzięcznie zabrać się do solidnej pracy. Bez sentymentów, ociągania i migactwa - dziesięć dni umknęło z prędkością światła, trudno.

Także, kochani, życzę powodzenia w przekonaniu siebie, że pracę można kochać!

20:17, chud-sza
Link Komentarze (3) »
sobota, 01 stycznia 2011
new year, new york, tomatoł, tomejtoł...

jakoś tak niepewnie wkraczam w ten nowy rok. Nie żebym się nastawiała wrogo do tego, co nowe. Ale końcówka minionego nie należała do łatwych, zmarła bliska mi osoba, trudno mi się z tą śmiercią pogodzić. Doświadczył nas wszystkich 2010 solidnie, mimo że dla mnie osobiście skończył się sukcesem - wyszliśmy obronną ręką z pierwszego etapu budowy, choć łatwo, czego dałam tu wyraz, nie było; czas poczynić jakieś założenia na przyszłość. Acz się boję, bo wiem, że za rogiem czyha tyle nieszczęścia i zła, że matko jedyna trudno ogarnąć (tak, wiem też, że jest szczęście i dobro, ale trudniej mi je dziś dostrzec, taki niepokój mam w sobie).

Nowy Rok powitaliśmy spokojnie w fajnym gronie dobrych znajomych, dużo nie brakowało, żeby dzieci pokonały dorosłych, po pierwszej tatuś do nich zajrzał, i siłą spokoju do łóżek poupychał. Tuż po drugiej padliśmy i my całe szczęście. Bo tu się Wam do czegoś przyznam: nie przepadam za sylwestrem. Nie lubię się bawić na żądanie. I nie lubię czuć się podle pierwszego stycznia (dlatego uznaję tegoroczne obchody za udane). Dziś więc delektuję się wieczorem, pociągając martini przy kominku i doceniam moment, pełna jednak refleksji. Aura sprzyja rozmyślaniom... Mocno wieje.

22:28, chud-sza
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 grudnia 2010
... i poszszszły...

ponieważ miałam w domu w pierwsze święto 23 osoby (dobra, ze mną, ale zawsze), w pozostałe dni, aż do dziś do 9, kiedy pojechali - odetchnęłam z ulgą. Następnie ze trzy godzinki sprzątałam, cztery kolejki wyprały bieliznę pościelową (ty się ciesz, że masz pralkę automatyczną i pościel flanelową, czujesz, jakby to było na tarze i z krochmalem???), ogarnęłam dzieci, pochowałam cukier z widoku i padłam radosna. Doceniając przestrzeń.

Teraz odpoczywam (piszę esej o multilingual Britain, ale phi, no całkiem bezrobotną być się nie da), także cichutko się oddalę... 

22:41, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 grudnia 2010
krok po kroczku

U mnie idą święta (no co Wy, u Was też??!!)

Życzę Wam, kochani nieliczni tu przybywający, pięknych i wzruszających ciepłem, dobrocią i radością świąt. Żeby nic nie zakłóciło ich wyjątkowej aury. Żebyście byli zdrowi!

a temu blogu życzę, żeby go któś jednak czytał :)

Wasza chudsza

01:50, chud-sza
Link Komentarze (3) »
wtorek, 21 grudnia 2010
agenda

Miałam zaplanowaną każdą minutę tego dnia. Ba, sekundę nawet. I wszystko się zesrało, gdyż mąż zabrał do Bydgoszczy foteliki. Punkt pierwszy planu dnia (brzmiący: zakupy produktów potrzebnych do realizacji planu dnia) w związku z tym się był pokichał. Tym samym nadal nie posiadam połowy prezentów, sera na sernik, maku na makowiec (co się martwisz, kochanie, mamy pierniki, prawda). Popołudnia w miejscach masowej masakry (marketach i centrach handlowych) mnie przerażają, jutro praca i odwiedziny przedświąteczne u babci, pojutrze już goście, gdyż przecież cóżtam święta, damy radę ugościć wszystkich (także jak nie macie co i gdzie, jak w dym, wschodnie obrzeża Poznania...).

Ze złości, która niebawem przeistoczyła się w świętą błogość, po drodze zaliczając jednakowoż furię i zniecierpliwienie i ryk z bezsilności (łatwo nie jest, nienienie) upiekłam sobie i nieletnim (mężu też, no przecież) czekoladowe muffinki z moich wypieków. Jezus, mlaskom nie było końca. Wczoraj, wydając fortunę w szwedzkim sklepie z meblami, nabyłam także drogą kupna nową formę do wypieku owych, i wyszły tak klasycznie, wąskie u dołu i wyrośnięte u góry, chrupiące i z wilgotnym wnętrzem, po prostu aż brak mi słów na ich cudowność. Wyleczyły też mą złość i furię i i zniecierpliwienie i bezsilność, wypełniły dom rozkosznie rozgrzewającym aromatem czekolady (oj tam, że teraz w piecu siedzi schab i aromat zgoła inny). Jak tu nie wierzyć, że czekolada leczy.

Muszę się zabrać do przygotowania obiadu, w planach mam jeszcze mani i pedicure, upragnione zakupy w na pewno pustym sklepie albo i trzech,  farba na włos, streszczenie na pisanie akademickie i outline research paper tamże, marynata mięs, zakwas z buraków na barszcz, prezenty self-made, pocięcie bakalii, prasowanko i już mnie świt zastanie prawdopodobnie. Ale cóż tam, dżingubels i do przodu!

14:08, chud-sza
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 grudnia 2010
jasełka

Zofijka odegrała dziś swą pierwszą główną rolę - była Maryją w przedszkolnych jasełkach. Dostarczyła mi mnóstwa wrażeń, nie tylko chyba zresztą mi. Fransik też zachował się godnie na widowni, powoli czuję święta.

Last Christmas w radio też już króluje, jutro pierwsza porcja pierników, zabieram się do solidnej pracy u podstaw.

Uff!

22:33, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 grudnia 2010
ADHD

Jezus, co ja dzisiaj mam. Emocjonalne adhd jakieś. Łapy mi się trzęsą, mam do zrobienia dziesiątki rzeczy, siadam i nie robię nic. Dziś nie zrobiłam absolutnie nic. No nic po prostu. Siedzę nad świątecznym menu i nie mogę się zdecydować na rodzaj sernika. Mieliśmy pierwszy raz święta spędzić w wąskim gronie, a mamy całą familię z wigilią u cioci (reszta u nas, przecież mamy jedem pokój i dwie kanapy. i kominek. i dzieci, każdy do nich lgnie, babcie z każdej strony). No i z tym sernikiem. W totalny stupor wbiły mnie pierniki i sposób dekoracji, przy wyborze mięs wymiękłam całkiem. Pierdolec to się chyba nazywa, nie wiem. A zza ramienia słyszę - mamo, może kartki zrobimy? wieniec adwentowy popełniliśmy wczoraj, dobrze, że nie w wigilię prawda, chcę jeszcze zrobić marcepan dla męża, prezenty, dekoracje, jasełka, kaszel, katary, streszczenie, translacja aaaaaaaaaaaaaaaaAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! oszaleję!

Robię więc listę (spokojnie, tylko lista może nas uratować, lista, torebusia, wdech, wydech, wdech, wydech, wdech...). Listę zakupów, listę zadań, listę prezentówmiejsca na lodówce mi nie wystarczy.

I najbardziej zaskakujące w tej całej szalonej sytuacji jest to, że jestem w tym wszystkim radością.

20:15, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 grudnia 2010
puszysty biały lekki

Jako, żeśmy chorzy (jak to, WY jesteścieście chorzy??? wy przecież nigdyt nie chorujecie! i zaśmiała się gorzko...) zalegliśmy w domu obserwując śnieg zza okna. To, powiedziałabym, nawet sympatyczna perspektywa śnieżna. Jedyna sympatyczna. Żadna inna sympatyczną nie jest. Nie będę popularna, gdy powiem, iż NIENAWIDZĘ śniegu (i zimy). Mówię o tym co roku, nie jest mnie w stanie nic przekonać, a już usilne próby mojej teściowej dają dokładnie odwrotne efekty nienawiści coraz głębszej. Drażni mnie na drogach i chodnikach, na dachach i drzewach (śnieg, nie teściowa). Jest zimny i niebezpieczny, a po kilku chwilach albo zmienia się w ohydną breję albo brunatną maź przybrudzoną psimi odchodami i brudem cywilizacyjnym. Jedyne, co lubię tej zimy to nasz kominek. Nie lubię natomiast perspektywy kilku miesięcy tej męczarni, śnieg, który spadł w listopadzie ma nam towarzyszyć do marca?? Jezu, oszaleję...

Tymczasem coś robić trzeba, zgłębiam więc glottodydaktykę, lepię masę solną, którą po dwóch godzinach zeskrobuję ze stołu, wałka, foremek, podłogi i ścian, doskonalę się w chińczyku i tańczę do tego, co nam serwuje eremefefem. W kółku, żeby szaleńczą zabawą nie wywołać kaszlu.

Mimo wszystko jednak odpoczywam, gdyż mój organizm błaga o litość, krzycząc tym razem dolną partią, czyli krzyżem. Jogo, przybądź na ratunek.

15:17, chud-sza
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 listopada 2010
huhuha.

Zima się panoszy, zauważyliście? Ani się obejrzałam, a listopad się kończy, kolejne postanowienia nie zostają wypełnione (kto jeszcze obiecuje sobie, że zakupów świąteczno-prezentowych dokona w listopadzie?), zajęta jestem nieustannie, krzątam się, czasem jakby w kółko, niczego nie mogąc na czas skończyć, o zapasie czasu nie wspomnę.

Ale któż tak nie ma w dzisiejszych czasach.

Tymczasem z tej mojej krzątaniny mam sama tej jesieni trzecią infekcję, katar, kaszel taki, że gruźlik czy astmatyk mógłby pozazdrościć, od tygodnia się leczę z bardzo powolnym skutkiem. Plon zbiera także łuszczyca (sama ją sobie zdiagnozowałam z pomocą koleżanki, doskonałej kosmetyczki z południa Polski), latem zagojone ognisko (po dwóch latach zagojone, dodam) zastąpiła mi choroba czterema kolejnymi. Febra za febrą na ustach i w okolicach. Niedospanie (zasypiam o 21, przed dziećmi niekiedy). Węzły chłonne powiększone. Mogę tak dłużej. Chyba czekam na święta jak kania dżdżu, moje komórki błagają o litość.

Jako jednak, że i Frans zaniemógł delikatnie, dziś i jutro spędzam w domu, krzątając się jeszcze wokół własnej osi i własnego ogniska domowego. Będzie.

A co u Was? Ciasto na pierniki zarobione?

18:59, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 listopada 2010
home sweet home

po pół roku wróciliśmy do siebie. na budowlę ciągle wprawdzie, ale do siebie. nie mam czasu (kiedy miałam??) na nic. Do tego zaczęła się uczelnia, także wiecie, codzienność. Może i dobrze, że tak zachrzania wszystko, zima minie niepostrzeżenie...

rozkładam słownik i lecę. terminologia prawno - unijna RRRRRAAZZZ!

17:35, chud-sza
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 października 2010
sto lat...

minęły dziś cztery lata. Mój synek skończył dziś cztery lata.

mój maleńki słodki syneczek. moje niemal dwadzieścia kilogramów szczęścia.

wracają wspomnienia, co chwilę nowe, te czarniejsze (pani syn ma zapalenie płuc, słyszę szumy w sercu, klinika, jutro, zółtaczka, naświetlania...) ale i te miłe.

najsłodszego, najwspanialszy Franczesławie. 

20:26, chud-sza
Link Komentarze (3) »
środa, 13 października 2010
dzikość serca

Ależ mam tę moją opiekę nad dziećmi urozmaiconą, doprawdy. Na ten przykład w niedzielę wywiozłam wszystkich na budowlę i w balerinkach i wąskiej kusej spódnicy dostałam zadanie wyprowadzenia psy. Poszłyśmy więc w celu defekacji zwierzęcej, gdy WTEM usłyszałam szum w liściach. Myślałam, iż ujrzę sarny. Zwierz jednak był nieco niższy, za to bardziej czarny, z wielkim łbem (i kilka kilo cięższy, jak mniemam). Jakieś 30 metrów od nas w lesie (my na ścieżce) stał DZIK. Na drodze ewakuacji zgubiłam telefon. Myślę, że prędkością dorównałam sprinterom amerykańskim, Figa nie dokonała defekacji, ja natomiast nieomal. Mąż pokornie poszedł szukać telefonu, ja spokoju już tego południa nie zaznałam. Dzik znikł (acz nie był to pierwszy dzik napotkany w naszym lasku, mąż też już kiedyś miał przyjemność).

Teraz natomiast, by nie skarżyć się na nudę, maluję ściany unigruntem, zabieram dzieci ze sobą, dzieci, które swoje infekcje już prawie pożegnały (bo coż tam lekki kaszelek z rana), mój nos nadal przytkany totalnie, gardło koszmarne, na proces rekonwalescencji nie mam czasu.

Dobra jest, jestem na magisterskich studiach, zaczynam 5 listopada, dam sobie radę, prawda??

11:32, chud-sza
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 października 2010
pytanie na po kolacji

Marynarkowy Mikołaj zadał trudne pytanie w niedzielę.

Zosia wczoraj o 21.30 ("jestem sową, mamo, lubię chodzić spać późno") zabiła mnie pytaniem "a co to jest seks?"

Jako, że jestem ostatnio matką prawie samotną (mąż wraca z budowy w okolicach 22.30) zastanawiam się sama nad odpowiedzią do dziś.

09:56, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 października 2010
przymrozek

-mamo, a jak ty już pójdziesz na emeryturę (wytrzeszczyłam oczy w niedowierzaniu tak dalekosiężnych planów), albo juz skończysz te studia (uff, aż tak daleko nie wybiegamy w przyszłość), to czy dasz mi ten przykreślacz (zakreślacz she meant), bo już go nie będziesz potrzebowała?

takim pytaniem rozbroiła mnie właśnie pierworodna, a przedmiotem pożądania jest fantazyjny trójkątny trójkolorowy pisak-reklamówka miasta know-how. I tylko w tym celu, by ona go zdobyła, mam się oddać emeryturze (która, czasem myślę, nie byłaby wcale taka zła).

Jestem po egzaminie na studia magisterskie i jestem rozczarowana. Bo teoretycznie spełniłam wszystkie warunki - zdałam test z gramatyki, przeszłam rozmowę z profesorem Martonem, z pozytywną opinią, umożliwiającą mi pisanie pracy magisterskiej na wybranym seminarium, u wybranego promotora, legitymuję się wyższym wykształceniem. A jednak, będąc studentką szkoły, nie mogę bez kłopotów, konsultacji z wszystkimi świętymi z góry oraz dodatkowych komplikacji spokojnie podpisać umowy. Bo to byłby precedens, że studenci omijają rok studiów. Długo by tłumaczyć - uczelnia utworzyła dwuletnie studia II stopnia dla absolwentów WSZYSTKICH kierunków. Takim jestem. Ale dodatkowo obecną studentką i to dla władz stanowi problem. Czekam, pod nosem podśpiewując "i don't care what the people may say, what the people may say about me!" i pakuję swoje kłopoty do starej torby. W domu przymrozek, na dworze przymrozek, zima popędza jesień, ciut za szybko, panie, ciut za szybko.

18:36, chud-sza
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 października 2010
gustibus non est disputandum

Jutro mam egzamim, który (jeśli się powiedzie) zaowocuje skróceniem mojej drogi edukacyjnej do wymarzonego magistra filologii angielskiej. Na egzamin mam się stawić z pracą dyplomową z poprzednich studiów (wyższe wykształcenie jest warunkiem wstępnym wymaganym do podejścia do egzaminu). Skąd ja tę pracę mam wytrzasnąć, pytam łaskawie pana z rekrutacji o głosie wskazującym na wiek okołomutacyjny. Jestem - rzeczę mu spokojnie - w trakcie przeprowadzki, kartony to tu, to tam, ta praca zapewne gdzieś jest, ale nie jestem w stanie jej zlokalizować do soboty. Ale przecież może ją pani wydrukować. Mmmmhmmmm, pomyślałam, nie wzięli pod uwagę dinozaurów na studiach magisterskich, którzy pracę swą pisali na maszynie (no aż tak  źle nie jest), albo zapisywali na dyskietkach, które teraz trudno gdziekolwiek odczytać. Zaraz się zabieram za poszukiwania pracy na dowolnym komputerze, ale wróżę sobie nie lada kłopot, gdyż różne systemy, edytory tekstu z lat przeróżnych oraz komputer jako sprzęt generalnie lubiący płatać figle, na pewno dokonały spustoszenia w pracy. Ciarki mam na plecach wraz z szyją przylegającą na samą myśl nie tylko o egzaminie, ale i o tym drukowaniu.

Ale tam egzamin. Mój syn kochany, niebawem już czteroletni, uwielbia rajstopki. Nie tylko chętnie je nosi, ale także sam się w nie przebiera, nawet gdy do wyboru ma superwygodne spodnie. Samaniewiem... nosz przecież czy go one nie swędzą, w sensie łaskoczą? Czy go nie uwierają? Jak mu pomóc uwolnić się spod ich panowania???

A mnie pękami wyłażą włosy, nie mogę ich sobie nawet rwać z głowy, bo nie mam czego, miesiąc na kuracji merza nie przyniósł żadnej zmiany, co robić? Do tego pofarbowałam je sobie sama i nie podoba mi się efekt, po tygodniu nadal nie przywykłam, zafundować im kolejną antyterapię?

Do domu własnego mi się chce (tak jest, mama nadal obrażona).

 

12:07, chud-sza
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 października 2010
pack up your troubles

Moje życie wygląda obecnie marnie (nie żebym znów narzekała, ostatnio ciągle narzekam, nic nie robię, tylko narzekam, moj Boże). Dziś pakując ryż w gazetę z zeszłego tygodnia, natrafiłam na recenzję "Jestem miłością" i tylko mi to z tego filmu zostanie, ile wyczytam z gazety, rozłożonej na taborecie kuchennym, bo do kina przez kilka kolejnych miesięcy nie trafię na pewno. Mama obrażona o jakieś koszmarne głupstwo milczy od zeszłego wtorku, pewnie czeka na przeprosiny, których raczej nie usłyszy, dąsa się - widać lubi. Odczuwam dosadnie, iż naużyliśmy gościnności moich rodzców, liczę dni do wyprowadzki do własnego domu, z tym że te dni trudno policzyć - miesiąc? Półtora?

Kiepska atmosfera to jednak nic, mam na stanie dwa zapalenia krtani i mój katar zapychający mnie totalnie, zostawiając bez powonienia i smaku, odbierający radość popijania czekolady w mroźne wieczory. Mam też egzamin na studia magisterskie w sobotę i cóż ja zrobię z głosem zniekształconym i fonią marną? RP mi raczej wyjdzie not well. Well.

Jedyne, co mnie cieszy w tej przymusowej pauzie zawodowej, to fakt że mam ciut czasu na Mocka i stary Breslau. I do niego się zaraz zabiorę.

17:48, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 września 2010
do przerwy

zero - jeden, jak rzecze literatura młodzieżowa.

U mnie dwa - jeden dla włókniaków. Na jeden znaleziony w piersi prawej, pan doktór zapodał mi jeszcze dwa w lewej. Zespolone. CU-kurwa-DOWNIE. Nie dotykać, zapomnieć, za pół roku kontrola, miejmy nadzieję, że nie urosną. Zapomnieć, rozkosznie. Bo o tym naprawdę da się zapomnieć.

To dziś. (to oraz brazilian waxing, tak radośnie zaczynam weekend).

Przedwczoraj natomiast wsiadając do mojego auta, które nie należy do pedantki, prawda, powiedziałam BASTA. Nie będzie mnie tu smród podróży uprzykrzał. Jazda z odkurzaczem, będziemy, ekhem, ekhem, sprzątać. Po robocie więc (mam 32 godziny w szkole, jak w cegielskim, jadę jak na sztychtach) zebrałam nieletnich i sprzęt i pojechaliśmy na budowlę podłączyć się do gniazdka. Otworzywszy bagażnik, do którego zamierzałam upakować narzędzia, uderzył mnie opar nieziemski i oto ujrzało światło dzienne źródło fetoru: tydzień temu z talerzy zgarnęłam kości dla psy naszej. Od tygodnia woziłam je w woreczku, także widzicie. W sumie mogłabym olać dalsze zabiegi pielęgnacyjne tapicerko-tablicy rozdzielczej, ale skoro A to i Zet, posprzątałam. Dziś piachu jest tyle samo. Rozważam pantofle dla dziecioków do auta.

Zrobiłam sobie soczysto różowiasty manicure i jadę z dziećmi na urodziny przedszkolne, nie umiem się zachować na takich kinder balach, nie znam mam. Książka więc pod pachę i dwie godziny dla mnie.

Weekend NARESZCIE!!!

16:09, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 września 2010
poniedziałek srałek

po prawej kieliszek z różowym winem.

z lewej herbata z miodem.

pociągam z różnych źródeł próbując łagodnie oswoić otoczenie.

za oknem ciemno, mokro i zimno (jak mniemam). Wokół wszyscy z chusteczkami utkanymi w kieszeniach, jeśli tak wygląda początek sezonu, aż boję się myśleć, co będzie w listopadzie. Mrok i dupa.

Wczorajszy spacer po lesie zaowocował koszem pełnym podgrzybków, chociaż ślimaki robiły co mogły, żeby człowiek nie ujrzał ani kawałeczka kapelusza, ale zaganiając do pracy nieletnich - z oczami bliżej ziemi, udało nam się całkiem nieźle obłowić - zupa grzybowa na święta jak znalazł.

niech no ja się już chociaż wprowadzę do siebie, rozpalę kominek, może poczuję święta i dojrzę światełko w tunelu?

 

19:01, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 września 2010
czerwone wino brdzo dbre hyp

-musisz sam przyznać, tato, że dawno się tak nie bawiłeś...-rzekła Zosia do swojego ojca w zeszłą sobotę, gdy po pas skąpani byli w piachu rewalskiej plaży. Udał nam się tamten weekend przecudownie, pogoda dopisała, wreszczie nabawiłam się pięknej opalenizny, nadmorska jest wyjątkowo ozdobna, moim zdaniem, zanurzyłam stopy i zaryzykowałam nawet umoczenie dzieci w otchłaniach Bałtyku, zabarykadowana podwójną warstwą ośmiometrowych parawanów pozwalałam piaskowi przepływać między palcami, magazynując tym samym energię na dziesięć miesięcy.

Któż mógł wiedzieć, że cała energia zostanie wykorzystana już w tym tygodniu... codzienność bowiem to dla nas katar i już kaszel u obu, guzek w piersi, organizacja opieki nad dziećmi, budowa i fachowcy, którzy jednak nie zdążą, kłótnie małżeńskie, krew, pot i łzy.

Dziś leniwa niedziela, opieka się organizuje i przyjeżdża z drugiego końca kraju, kaszel próbujemy zwalczyć póki co homeopatią, uspokajam się, że za kilka dni pójdę na USG i ono wykluczy to, czego się po cichu boję, że odwołana ekipa wróci wiosną z korzyścią dla wentylacji budynku, a za zaoszczędzone pieniądze skończymy łazienkę. Dziś świat wygląda nieco przyjaźniej, mam nadzieję, że to nie wpływ kaca po wczorajszej cudownej imprezie, a jednak zwyżka formy, która potrwa dłużej niż kilka godzin i nie wyparuje wraz z umykającymi z organizmu promilami...

12:44, chud-sza
Link Komentarze (4) »
czwartek, 02 września 2010
od nowa

No to mam urlop z głowy. Ja z tych, których jednakowoż pierwszy września dotyka. Boleśnie. Nie narzekam mimo to NADMIERNIE, albowiem za rok to dopiero będzie pierwszy. Zosia szkoła, Frans zerówka w szkole, zdominujemy tę naszą podstawówkę. Otworzysz lodówkę, a tam my.

Tymczasem skończyłam trzydzieści i pół i chodzi mi po głowie przedszkolny wierszyk "mam trzy latka, trzy i pół" w wersji dwadzieścia siedem lat później. I tak sobie myślę, że dopiero urodziny obchodziłam, a to już pół roku, więc może i to kolejne pół roku jesienno-zimowej czarnej dupy minie szybko? Co?

W ramach leczenia fobii chorób dziecięcych poszłam z nieletnią do homeopatki-cód-miód-malina 180 złotych wizyta matkoboska. Podobno najlepsza. I trzy dni później naczytałam się o mukowiscydozie i zeszłam. Córeczka koleżanki jest właśnie diagnozowana. Zofijka ma objawy. Gdzie się to bada, anyone? choroby dziecięce karma mode on.

W obliczu jednak tej deprechy koszmarnej sezonowej, która nieubłaganie mnie dopada, wychylę zaraz kieliszek koniaku z ojcem mym rodzonym (mąż przecież na budowli, a gdzie mógłby być) i może zapomnę na chwilę.

21:12, chud-sza
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15