RSS
sobota, 28 sierpnia 2010
wykończeniówka

Gładzimy ściany. Pojawia się sufit. Wybrałam gres na podłogę i negocjuję ze ślubnym materiał, z którego będą wykonane schody (dąb - zupa dębowa). Zamówione są drzwi, tynkarz i płytkarz. Nabiera to wszystko rumieńców. Trza nam jeszcze wybrać kominek.

Jednakowoż niepokoi mnie trądzik młodzieńczy co i po chwile nękający me oblicze. Czy to nie ciut za późno, droga Gosiu, jak sądzisz?

.

Zasłyszane z tylnej kanapy:

-a jak ja będę dojosły, to pójdę do pjacy i ...

-jak będziesz dorosły i pójdziesz do pracy - przerawała dorosła przecież siostra starsza o całe dwa lata - to nie będziesz miał czasu dla swoich dzieci. A mama wtedy będzie babcią...

-jak to? Mamo, dlacego się psemienis w babcie? - zakwilił żałośnie Frans.

- dla naszych dzieci - odrzekła wyrocznia, zanim sama miałam okazję wyjaśnić zawiłości życia ludzkiego. I ucieła dalsze wątpliwości.

Kończę Larssona, parapet zasłała klasyka powieści amerykańskiej, mamy tu Moby Dick, Edgara Allana Poe Selected Tales, Slaugterhuse-Five oraz stuletnie wydanie The Scarlet Letter. Rok akademicki nadciąga zawsze jesienią. (to nic, że u rodziców kolejni szwedzcy klasycy, że Krajewski, chyba za rok, prawda).

...

i oddaliła się wkierunku wygodnego fotela i kubiska herbaty earl grey w celu oddania się lekturze...

18:58, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 sierpnia 2010
mimozami jesień się zaczyna

Zaczęła się licytacja: schody bukowe czy dębowe? Wchodzi w grę także jesion. Drzwi do łazienki, kafelki, drzwi wejściowe. O farbach nie wspomnę. Dochodzę do wniosku (bo od strony dekoratorskiej ja dowodzę tą banderą), że zaprawę, gładź i regipsy wybiera się szybciej i zdecydowanie prościej.

Po piętach depcze mi pierwszy września, bezwzględnie obciera kostki, początek wielkiego bałaganu zwanego rokiem szkolnym. Choć nadmiar czasu spędzanego z nieletnimi własnymi i spowinowaconymi, z rodzicami, z których jeden siedzi od dziesięciu dni ze złamaną rzepką po zabiegu zadrutowania, wszystko to sprawia, że z niejaką ulgą myślę o pracy, która mnie wysysa z tego hałasu domowego. Nic to, że hałas w mojej pracy przewyższa dopuszczalne normy. Dobra, przyznam się: nie chce mi się wracać do pracy a przedszkole cieszy mnie tylko przez dwa góra trzy dni, gdyż ich następstwem jest pewna infekcja u jednego z dzieci. I sam tylko strach przed tym mnie paraliżuje. Ot.

I już mnie nękają sny, że jestem niegotowa, że nie zdążam, że biegam, krzyczę i wstaję o 6 rano, mój Boże.

W ramach oswajania jesieni nabyłam kalosze, twarzowe, że tak to ujmę. Mimo to jesień jest mi nadal obca i wstrętna, cóż poradzę. 

12:22, chud-sza
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 sierpnia 2010
tablica

Szczęśliwi ci, którzy, wybywszy na urlop z dala od cywilizacji, nie mają dostępu do tefałendwadzeiściacztery i nie widzą szopki pod krzyżem, pod tablicą odsłoniętą w tajemnicy i na szybcika, bez organizacji. Partyzantka. Właśnie.

Przestanę więc pleść dyrymały na tematy społeczne, które mnie jednak, jako socjologa i człowieka jako tako wykształconego i zaangażowanego, obchodzą, i opowiem o tym, co robiłam przez kilka ostatnich dni i od czego boli mnie 70 procent mojego ciała w tym praktycznie wszystkie mięśnie. Kopałam rowy. Ku ścisłości: zakopywałam. Rury i kable schowane na budowie półtora metra pod ziemią należało przykryć. I wraz ze ślubnym poużywaliśmy sobie łopat, szpadli i szyp z grabiami i już. Mamy więc już podłogowe na miejscu, prąd, wodę i kanalizację, brakuje jedynie stropu, ocieplenia, załatania dziur, położenia podłogi, wygładzenia ścian, podłączenia tych wszystkich rozprowadzonych instalacji, pomalowania, wniesienia i rozlokowania mebli, i już w okolicach grudnia będziemy się mogli wprowadzić. Luv it. Not.

11:28, chud-sza
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 sierpnia 2010
dżdżysto

Niespiesznie ostatnio przemieszczam się po mieście, aura sprzyja dniom piżamowym. Ale cel przemieszczania jest istotny niezmiernie: odwiedziny. Przyjaciółek. Na które nigdy nie mam czasu. Także widzę je wreszcie, Ich Dzieci coraz starsze, i kiedy tak patrzę na nie i przysłuchuję się naszym rozmowom, nie mogę uwierzyć, że my mamy dzieci. Coraz starsze. Że każde kolejne wakacje dodają im lat (no bo przecież nie nam), samodzielności i urody. A ich mamom przybywa anegdot i tematów.

I tak. Złe wieści nadal z nami, te wakacje są wyjątkowo smutne.

20:43, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 lipca 2010
od świętej Anki...

Głowa mnie od kilku dni nie boli. Głowa mnie od kilku dni, z przeproszeniem, napierdala. Znów mam zatoki, jak kopalnie węgla brunatnego, zawalone, pulsuje mi w potylicy i rozpiera czaszkę każdy najmniejszy ruch.

I dochodzę do wniosku (powoli, wiem), że ludzie są paskudni. Od dziecka. Skąd te daleko idące i jakże generalizujące wnioski? Zanim jeszcze nasza budowa była budową, a stanowiła całkiem solidny, choć ciasny, budynek mieszkalny dla naszej rodziny, plac zabaw zakupiony wspólnymi siłami całej rodziny okupowany był przez liczne potomstwo sąsiadów bliższych i dalszych. Furda z hałasem, przywykłam, wkurzało mnie natomiast, że jakoś sąsiedzi nie kwapili się, by nasze dzieci na swoje (nieistniejące nomen omen) place zabaw zaprosić. No ale. Nie każdy potrafi prowadzić dom otwarty, prawda. W obecnej jednak chwili plac zabaw jest dość ryzykownym miejscem do zawierania stosunków, tfu, społecznych, dla dzieci szczególnie, choć one twierdzą inaczej. Po budowie walają się ścinki blachy, półmetrowe gwoździe, nieoheblowane deski, beton, piach i inne skarby. Nie zaryzykuję wpuszczenia na nasz zagracony teren budowy licznej chmary dzieciaków. Dialog więc odbywa się przy płocie, dwoje wisi, czwórka na rowerach - maaamooo, moze psyjś Kuba? A Dominik? A Ksysiu?. Wobec naszego sprzeciwu, pojawia się pytanie-kontra: A cy my mozemy iść do Ksysia/Dominika/Kuby? Adwokatem jest Frans, Zosia napotkała już opór, szkoda jej energii. Wtem... liczna chmara dzieciaków zapada na galopujące suchoty a kaszel gruźliczy roznosi się szerokim echem po okolicy: dzieci nie mogły odwiedzić sąsiedzkich ogródków z powodu nagłej infekcji obejmującej populację kilkulatków z przedmieścia. CHOLERA JASNA.

Jeśliby, zmieniając temat, oceniać wakacje pod względem woluminów przeczytanych, a tego kryterium zwykłam się kilka lat temu trzymać, te niestety są do bani. I to podwójnie. Po pierwsze primo dletego, że przeczytałam dwie (słownie DWIE) pozycje w dwa tygodnie. Kiedyś byłoby raczej dwadzieścia dwie (przesada to moja, jak widać, cecha). Po drugie primo dletego, że te dwie książki przeczytane to Hania Bania i Hania Bania Królowa Samby (absolutnie DOS-KO-NA-ŁE). Zabierałam się za nie okrągły rok i czasu mi nie starczało, a teraz każdą chwilę (wczoraj do pierwszej w nocy) poświęcałam Hani i jest to książka, której strony umykają i żałuje się tego ubytku. Teraz Chmielewska, a dwa kryminały skandynawskie po sześćset stron z hakiem każdy czekają (to znaczy ciągle w obrocie, zapisy mamy, kto kiedy). Zosia zaczyna przygodę z literami na dobre, ale cierpliwości w niej za grosz, woli penetrować czubki drzew, alejki parkowe, w biegu lub za pomocą pedałów.

I tak nam gna czas wakacyjny, bez podbojów Eurupy ni okolicy, bujamy się. Zen.

22:17, chud-sza
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 lipca 2010
no estoy aprendiendo (i niech mnie poprawią Ci, co język znają)

Zakończyłam sesję soczystym cztery i pół z hiszpańskiego i zaczęłam wakacje (z morfologii dostałam piątkę i do dziś nie wiem, jakim cudem, a praktyczny, jako jedyna z grupy, że się pochwalę, a co, wolno mi, c'nie, na czwórkę!). Dziś więc, jak w przeciętną niedzielę sprzątałam. Moje przeątanie jednakowoż inne było od pozostałych, gdyż wykonywałąm je sumiennie i dokładnie i bez złowrogiego szeptu z tyłu głowy "powinnaś się uczyć, ucz się, ucz się...". Poza tym, sprzątanie podczas sesji zazwyczaj jest doskonałą wymówką od nauki i prawdziwym sprzątaniem nie jest, przypomina raczej, w moim przypadku at least, przekładanie rzeczy z kupki na stertę i naobarot.

Tymczasem przeżyłam w te wakacje pierwszą dłuższą i znacznie bardziej odległą separację od mych dzieci. Wyjechały one bowiem były do babci na południe, by mama mogła natenczas poczynić postępy w nauce. Nie uschłam, traumy koszmarnej nie doznałam (jako i one, przez telefon słyszałam jedynie "prześlij nam pieniądze kopertą" oraz "nie tęsknimy, bo nie mamy czasu" a także "nie tensknie casem i ty tez nie tensknij paaa"), zamierzam za rok ten zbrodniczy proceder pozbycia się dzieci na tydzień powtórzyć (co nie zmienia faktu, że od kiedy po nie przyjechałam mój łańcuch stał się o pięć metrów krótszy i obroża dziwnie uwiera).

A tak naprawdę to wokół mnie dzieją się rzeczy smutne i tragiczne i tylko tak mydlę, ale myśli wysyłam w górę o pomyłki lekarskie, o dobre życie w niebie, o krótkie cierpienie, smutny ten lipiec bardzo jak i gorący.

00:18, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 lipca 2010
czechy-niemcy

leżąc spokojnie tyłem do ściany, myślałam (dokładnie o tej porze), że nie udało się babci zrobić imieninowej niespodzianki. Zasypiałam żałując Czechów, którzy tamten mecz w pierwszej połowie przegrywali. A później przyszedł skurcz. I kolejny i następne a ja bałam się (no może raczej krępowałam) obudzić położnej. Potrafię odtworzyć tamten wieczór niemal minutę po minucie, wieczór, który skończył się wczesnym bardzo rankiem i uczynił mnie mamą.

Sześć lat temu, czujecie? A ja wciąż nie mogę w to uwierzyć! Sześć lat utkanych wydarzeniami czułymi, radosnymi, wzruszającymi, sześć lat strachu (dziś na ten przykład drugi w ciągu tygodnia kleszcz w jej chudziutkim ciałku) i drżenia o Nią.

Bo Ona (i On i On, ale dziś szczególnie Ona) to największy mój Skarb i najlepsze, co mi życie podarowało.

Zosienka za siedem godzin skończy sześć lat.

Najcudowniejszego, Córeńko!

23:09, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 czerwca 2010
strawberry fields forever.

Lubię koniec sezonu truskawkowego. Po pierwsze dlatego, że są one wtedy najsłodsze. Po drugie - pachną niebiańsko. Zastanawiam się, jak utrwalić ten aromat, jest aż cierpki od słodyczy, mam jeszcze kilogram do pochłonięcia dziesiejszego wieczora...

W miejscu, w którym obecnie stacjonujemy, uciekając przed urokami upałów w blokach (czyli działka nad jeziorem), komary bezczelnie dość żywią się naszym kosztem. Ospa to przy naszych pokąsanych ciałach pryszczyk...

Mąż poleciał na Wyspy szkolić się

(mamusia, tatuś tak często jeździ na te szkolenia, tyle się uczy, jest taki dzielny, zasłużył na jakiś chociaż ...dyplom... ty nie jesteś taka dzielna, nie jeździsz na szkolenia...   ?!?!?!?!?!?!?!?!?)

ja zostałam na lądzie posrana z nerwów gdyż w godzinie wylotu burze, ulewy i wichury, próbująca ogarnąć towarzystwo, wybawić, wybiegać i wymoczyć, wyspacerować i wytańczyć i nauczyć przy okazji na nadchodzący już w piąteczek praktyczny egzamin, cholera niech go weźmie.

Oprócz truskawek pochłonę jeszczę z kilo czekolady tudzież czekoladowych cukierków (jestem tu ciągle na tym łonie natury głodna, pochłaniam znacząco więcej niż w domu) i może pójdę spać. Przed świtaniem. Jezu, jak nie lubię lotów mojego męża, byle do piątku, kiedy to wróci...zaledwie 38 godzin, jakoś sobie muszę poradzić z podwyższonym poziomem stresu.

21:58, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 czerwca 2010
nam się nie powodzi

Powódź niby za nami, a mi właśnie dziś się przelewa. Gorycz i żółć i wszystko na raz. Po pierwsze primo trzy czwarte nasze rodziny przelazło jednodniówkę (a raczej ona nas przelazła), misek w domu nie starczyło. Mąż wił się jak w ukropie (oszczędzając szczegółów), żeby sprzątania było jednak jak najmniej. Z moimi dolegliwościami starałam się radzić sobie sama, żeby mu nie dokładać do tej niewątpliwej ekwilibrystyki.I jeszcze dostałam okres, także warczę.

W pracy niewypowiedzianie mnie, z przeproszeniem, wkurwia brak obowiązkowości u moich koleżanek i to, że ja z językiem przy ziemi latam i próbuję wszystko na czas, a one mi tu podpisiku tam podpisiku ZAPOMNĄ, i słyszę jedynie:nie mogę ci przyjąć dokumentacji, zbierz brakujące podpisiki, MAĆ.

Mija też drugi miesiąc mieszkania u rodziców i chyba nam się wszystkim ciasnota rzuca, bo wszyscy zgodnie na siebie powarkujemy od czasu do czasu. Z jakże wielkim rozrzewnieniem wracam do pożółkłych w komputerze fotografii naszego ciasnego domku... miejsca nie było, ale byliśmy u siebie i szklanka na własnym stole, to nie to samo, co szklanka na cudzym.

Ale przecież jutro wakacje zaczynamy (my, nauczyciele, i cała szkolna brać), także przecież wyjdę na prostą.

Tylko jutro ten syntaks z morfologią, błagam o kciuki.

Z radosnych wieści mam tylko tę: moja najukochańsza przyjaciółka dziś przekracza magiczną barierę, dołącza wreszcie do zacnego klubu ryczących trzydziestek, witaj, Anno! Życzę Ci sama wiesz czego!

...i wróciła do marnie idącej nauki tak niespodziewanie, jak się pojawiła...

 

 

15:55, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 czerwca 2010
niespodzianka

Otworzywszy komputer (kiedyś mówiło się"włączywszy", prawda, znak czasów alboż moja niechlujność językowa) i odpaliwszy stronę startową, którą to jest google, zdumienie klapnęło mnie po czółku. Grafika mówiła "pierwszy dzień lata". Halo, halo, jak to możliwe, gdzieś przegapiłam cholera wiosnę.

Zosia obchodziła dziś koniec przedszkola (pozorny, ona jeszcze rok w prezencie od mamusi otrzymała i nie zacznie szkoły ani ciut wcześniej, niż nakazują przepisy), ale śpiewali i tańczyli grupowo niezmiennie we wzruszenie mokre oczy matki zasnuwając.

Idę rozbierać zdania i wyrazy (czyt. egzamin ze składni i morfologii) i ogarniać tę niewiedzę, którą muszę opanować do piątku 19.00. Do końca pracy 3,5 dnia.

18:30, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010
otępienie

Przez te cholerne zawirowania klimatyczne, pogodowe czy jak je tam nazwać, w tym roku ogarnia mnie siódme przesilenie wiosenne. Oznacza ono wyłącznie, że sen uprawiałabym 20 godzin na dobę, pozostałe cztery poświęcając pochłanianiu czekolady na ten przykład w porywach do arbuza.

I skąd tu wyłuskać siły i determinacje do nauki, która mi wiecznie gra na nosie i wytyka niezorganizowanie...

Tymczasem rosną nam ściany, z tej okazji i euforii z powodu postępów na budowie, nabyłam obuwie letnie i natychmiast temperatura spadła o jakieś piętnaście stopni. Nie wiem, czy to znamienne, ale gdybyście potrzebowali ocieplenia - wystarczy słowo, kupię kozaki i zimę pozamiatam, pffff, cóż to dla mnie w końcu

Do wakacji zostało 10 dni, jakoś dam radę.

20:13, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 czerwca 2010
przeżyjemy, zobaczymy...

Czy ja kiedykolwiek narzekałam tu na pogodę? Hę??? Hęęęę????? Jezu, nie ogarniam tej gorączki, a Zosi z 39.5 dygoczącej z zimna w ogóle nie ogarniam. Składam się wyłącznie ze strzępków nerwów. Jest mi gorąco (no co Wy, Wam też?) a moja mać właśnie uciekła z nadbałtyckiej plaży z obawy przed kompletnym wyziębieniem. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie za grosz. Jestem notorycznie zmęczona i głośno pociągam nogami, nie mając siły na elegancki krok damy. Irytuje mnie atmosfera przeciągu, nerwowości i bałaganu, bez przeciągu jednakowoż nie ma możliwości funkcjonowania bez ofiar.

A ja jadę jeszcze na zajęcia, chyba się pokicham ze szczęścia w tramwaju radosnym, merde.

Mózg mi w takich warunkach odmawia współpracy, za chwilę stanę przed strajkiem generalnym całego organizmu.

34 stopnie w cieniu, chyba ze 300% wilgotności, żyć nie umierać, prawda.

To ja pożyję.

13:32, chud-sza
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 czerwca 2010
wesołe jest życie studenta...

Ostatni weekend był wolny tylko dla coponiektórych. Wiadomo, ja się do nich nie zaliczam. Także promienie zachodzącego i grzejącego w dzień (jak mniemam) niemiłosiernie słońca muskały me lica via szyba samochodowa już około 21 kiedy to dziarsko (i padła ze śmiechu pod biureczko) wracałam z uczelni.

Ale nie tylko przecież się uczyłam, no co wy. Jeszcze czytałam i klikamy tu ze zrozumieniem (chyba nadmiernym). W efekcie tejże lektury mogę Wam powiedzieć, drodzy nieliczni czytelnicy, iż kasowanie konta na społecznościówkach trwa znacznie krócej niż zakładanie. Także macie jednego znajomego mniej, well. Poszłam po całości i ledwo się powstrzymałam w tym akcie paniki i drżących nóżek, żeby zachować adres mailowy (nie mam pojęcia jak by go zlikwidować oprócz sposobu na zaprzestanie używania i nie, nie mam takich potrzeb). No w każdym bądź razie, zyskałam sporo całkiem czasu i nie mam gdzie się w sieci pałętać.

Poszłam więc dziś tuż po zajęciach się popałętać po Starym lokalnym Rynku, obleganym dziś przez hojnych mieszkańców mego miasta oraz niemniej hojnych turystów i się spociłam do granic spoconości, ale nie narzekam ani ani, bo tak mi zimno było ostatnio, że nie macie pojęcia (chyba, że Wam też).

Tym słonecznie pozytywnym akcentem kończę dziesiejszą notkę i z radością witam kolejny poniedziałek, gdyż w pracy sobię odpocznę po weekendzie może...

23:09, chud-sza
Link Komentarze (1) »
sobota, 29 maja 2010
uff jak...

 

Korzystając z okazji być może jedynej w roku bieżącym, zachęcona widokiem zza okna naszej tymczasowej sypialni o ekspozycji na stronę wschodnią (tak jakoś to określają pośrednicy nieruchomości, czytam regularnie, rodzice w rozterce: kupić sprzedać wynająć) wybrałam się dziś na miasto w celu dokonania wyboru blachodachówki w, uwaga, uwaga, dochodzę już do sedna zdania, japonkach. i bosych nogach. i krótkich spodniach. i w wełnianym swetrze, bo nie cierpię jak mi plecki i nerecki owiewa. Żyję, co widać, nie zamarzłam, nie macie do czynienia ze szczątkami ludzkimi z chłodni.

Mi ciepło i słońce i piękna aura nareszcie, a Frans wczoraj pojechał po bandzie i po południowej drzemce, którą odbywa wyłącznie podczas choroby wyjątkowej (czyt. pierwszy raz od czasu rezygnacji z drezmki regularnej), zaprezentował 39,4 czyli dotknął absolutu (ja też wieczorem, finlandii ale czort tam z marką, absolut, to absolut i finał). Nigdy wcześniej, żadne z moich dzieci nie zapodało mi takiej temperatury i lekko się słanialiśmy na nogach o tej czternastej, on wiadomo dlaczego, ja z nerwów koszmarnych. Godzinę później natomiast, kiedy zadziałał ibuprom, rozkosznie grał z Zofiją w kręgle, wyrywając jej kudły w któreś tam bitwie i drapiąc ją po udzie po drobnym nieporozumieniu, biegał, tańczył w rytm muzyki dowolnej i śpiewał. Także rozumiecie (albo i nie) reset w dokonałym towarzystwie i kieliszek oleiście lodowatej wódki dobrego gatunku przyniósł mi nielekką ulgę (hello, rzekłam w międzynarodowym towarzystwie nielicznym, acz szczególnym, my name is Gosia, I'm thirty, I'm probably an alcoholic thanks to the mixture of my gens...hello Gosia, odrzekli zgodnie współbiesiadnicy, doskonale rozumiejąc, co mam na myśli; było rozkosznie).

Frans, dodam jedynie w finale, od rana niczym młody bóg radośnie zdrowy, podwieczorkiem okazał kolejne 37,8, ale zlazło samo dziadostwo i nadal czekamy na rozwój wydarzeń. Oprócz funkcji grzewczej, nie prezentuje innych objawów.

Czy trzeba dodać, że jem wyłącznie poza domem nieomal, gdyż jak widzę tego malca z oczami niczym szkło weneckie - żołądek składa mi się do wymiarów paznokcia u małego palca stopy. Franka.

Tata ok. Choć też dziś 37,8, nie wiem, czy postanowił się z wnukiem zsolidaryzować, cholera ich wie, tych chłopów. Wkurw bardzo delikatnie ustępuje, robiąc odrobinę miejsca akceptacji. Na jak długo, nie mam pojęcia. Oby choćby dni kilka.

 

23:44, chud-sza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 maja 2010
nie zbroję się.

Zdałam, acz jedynie na tróję, więc się nie chwalę w ogóle, bo siara.

Mimo w gruncie rzeczy dobrej wieści (w końcu do przodu, bez poprawki, ciesz się, głupia babo, wiem) wkurw mnie nie opuszcza, co mnie martwi niewypowiedzianie. Do jakiego bowiem stopnia można winić PMS? Szczególnie, jeśli okres się już rozpanoszył? Oznacza to w takim razie, iż stał się ten stan przewlekłym. Cholera, to nie ułatwia percepcji.

I co jeszcze, co u mnie się dziać może, przecież dzieci w przedszkolu już cztery dni, także limit wyczerpany: Frans dziś radosne 38. Nawet się nie rozpiszę na ten temat, bo słów brak.

Tato jutro pod nóż chirurgiczny wędruje, jak zwykle kciuki i zdrowaśki potrzebne.

.

.

.

i poleciała się uczyć, sprawdziwszy uprzednio czoło i czoło. Off.

22:52, chud-sza
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 maja 2010
i trzasnęła czołem o blat

Wypiwszy puszkę piwa na wu, które kupuje mój tato ze względu na sentyment do naszego majstra, spojrzawszy nieco rozbieganym wzrokiem na nieogarnięty materiał do jutrzejszego kolokwium z syntaksu, stwierdzam, niezmiernie dla siebie łaskawie, że jestem tempa jak bót i niedouczona jak leser, głupia i leniwa i co ja robię na tych studiach, zamiast dzieciom czas poświęcać.

Wiedziałam, że tak będzie, trochę tym piwem zalana, w cichym śpiącym domu pełnym ludzi i tylko ja na posterunku od 7 (mamo, zjóp mi puatki źmlekiem te suotkie jus!) rano do grubo po północy, zgarbiona nad biurkiem, ubolewam nad swym losem, wertując kolejne strony, czasem nienotatek...

Nic nie umiem. Tak mam na czwarte (a na drugie i trzecie Joanna Katarzyna).

23:32, chud-sza
Link Komentarze (2) »
zachcianki

Nic nie umiem. Klasyczna deadline panic. Ale, rzecz jasna, pranie ręczne zrobione, konto na facebooku założone, jestem dokładnie na bieżąco z sytuacją powodziową w kraju ("dzięki" powodzi stulecia w 1997, poznałam, w tamtymże roku, mojego męża, także koszmar ale jednak nie ma tego złego...).

"Całkiem spokojnie popijam trzecią kawę" (z tym spokojem to duża przesada, ale cóż, no, cytat rządzi się swoimi prawami), zaczytuję się w klasycznej Sikorskiej, żonie słynnego męża, chłonę dość leniwie kolejne wiadomości na temat formacji teatru w Anglii i konstrukcji sonetu (iambic pentameter, coś Wam to mówi?), słońce nieco przyświeca, choć właśnie leje, drugi raz w ciągu godziny, wraca mąż zmęczony po ciężkiej pracy, bredzę bredzę bredzę; dom rozpieprzony totalnie, wszystko razem wygląda raczej brunatnie.

Wiosny, wiosny mi się chce.

17:26, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 maja 2010
aura jak pogoda ducha, parszywa;

Jakże mamy piękny ten maj, pogoda z całych sił i mocy zachęca do aktywnego spędzania czasu na wolnym powietrzu. Ta aktywność polega zasadniczo na:

1. bieganiu między kroplami deszczu, jak się da i nie leje akurat jak z cebra;

2. sprawnym omijaniu kałuż wielkości sporych oczek wodnych;

3. zacieraniu zmarzniętych rąk i mamrotaniu pod nosem słów popularnie uznawanych za wulgarne wyrażając tym samym żal nad decyzją o pochowaniu w najgłębszych czeluściach pawlaczy rękawiczek i puchowych kurtek do kolan.

Także - rozrywka, nie ma co. Maratończycy tej wiosny wyrosną na potęgę.

-------------------

I jeszcze tylko słówko:

Córka mojej koleżanki leży pod chemią i walczy z białaczką. Ślijcie więc tyle dobrej energii, modlitw i zaklęć, ile możecie wykrzesać. Do Holandii. Zapewniam, że trafią w dobre ręce.

14:13, chud-sza
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 maja 2010
bezprecedensowo

już nie będzie o futbolu, dajcie spokój, ileż można.

Będzie za to o mojej wczorajszej wizycie w kinie, seansie zupełnie zaskakującym, spontanicznym i kompletnie niezamierzonym. I tym sposobem obejrzałam przyzwoity film w dniu premiery. Za 10 złotych. (Muza, Jaśniejsza od gwiazd). To wydarzenie bez precedensu w moim obecnym życiu. Premiera, phi.

I jakże przydatna tematyka w obliczu nadchodzącego egzaminu z historii literatury brytyjskiej.

Nie no po prostu wszystko na swoim miejscu.

21:41, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
mistrzem Polski

jest KOLEJORZ!!!!!!!!!!!!!

W górę serca, mistrzem Polski jest KOLEJORZ! Mistrzem Polski jest KOLEJORZ! MISTRZEM POLSKI JEST!

Jezus, naprawdę nie wiedziałąm, że drzemie we mnie taki kibic!!!!

Oleoleoleoleole!

18:57, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
w górę serca...

Emocje himalajskie, wszyscy zainteresowani wpatrzeni w telewizor (Frans przed minutą wlazł i zapytał, czy Kubica strzelił gola. On, co widać na załączonym obrazku, zainteresowany mniej). Jest tu trzech rodowitych poznaniaków (w tym dwoje nieletnich), dwie wielkopolanki, jeden lubuszanin i jakby nie patrzeć, lubuszanin ma to wszystko w pompie dokładnie głęboko. A mnie drapie w gardle od ryku. Plus piwo (nie będę reklamować marki, ale mój tato nie kupuje innego niż to na W).

Moja najukochańsza córka dziś imieninuje, jest radosna od samego rana, jedyne, co nam przeszkadza, to zapalenie oskrzeli (jakby już przywykłam, zapalenie oskrzeli z nami mieszka), dostała okulary słoneczne (jakże zbędne i awangardowe), parasolkę (jakże na miejscu) i skarpety do kostek, o jakich marzyła. Najlepszego Ci wszyscy życzymy, Córeczko, ciepła i wrażliwa Zosienko, uśmiechnięta, choć rozkaszlona.

A no i jesteśmy po kontroli u alergologa i kiedy lekarka już już już miała wpisać podejrzenie astmy (bo wywiad, bo trzy zapalenia oskrzeli w pół roku, bo bez temperatury i szybko i z reakcją po wziewach) aż tu nadeszły wyniki testów skórnych, które wykazały psinco. Żadnego uczulenia na wskazane najpopularniejsze alergeny. Sypnęła się jej koncepcja alergicznego dziecka i wyszłam z gabinetu ze stosem pytań, które pozostały bez odpowiedzi. No nic. Uchwyciłam się nadziei, że historia chorób Zosi będzie przypominała moją i te wszystkie infekcjo-alergie pewnego dnia po prostu się skończą. The sooner the better, rzecz jasna, w każdym razie póki co astmę mamy jeszcze niezdiagnozowaną.

Jakieś pomysły, gdzie skierować się teraz? (kciuków nie puszczamy, dom w ruinie KOMP-LET-NEJ!)

18:09, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 12 maja 2010
i inne zjawiska atmosferyczne

Dzień pierwszych razów. Pierwsza burza (druga i trzecia), pierwsze oberwanie chmury (i ze cztery kolejne), pierwsze szparagi. Zza zaparowanych szyb samochodu i spod migających z prędkością światła wycieraczek na przedniej szybie wyglądałam i uwierzyć nie mogłam, Świat jak w muszym oku, podeszwy łaskotane strugami wody uderzającymi o podwozie, mroczny dzień zza szyby hondy.

Za nami (a tak w zasadzie za mną) klasowa wycieczka Gniew-Malbork, fajne dzieci, fajna ekipa dorosłych, podsumowawszy dwa dni - nad kreską się znalazłam, traktując jednakowoż wycieczki szkolne nadal jak zło konieczne.

Nasz dom nie ma już dachu, ma jedynie gołe ściany odarte z tynków, bałam się, że ten widok wystraszy dzieci solidnie, sterty desek, gruzowiska, cegły nowe i używane, kominek z wydartym wkładem, jak po przejściu huraganu, dzieci przyjęły jednak widok z dobrodziejstwem inwentarza. Jak to jednak na budowie, zaczynają się piętrzyć trudności i progi nie wylatują z framugami a tajemniczo rosną. Nic to jednak, walczymy.

Walkę też rozpoczynamy na froncie zdrowotnym: jutro alergolog. Mamy za sobą (nawiązując do początków dzisiejszego wpisu) także pierszy skurcz krtani w nocy z poniedziałku na wtorek, mąż wyszedł z tej opresji cudownie (ja przecież balowałam na zamku krzyżackim średniowiecznym z duchem), poradziwszy sobie wentylacją na świeżym powietrzu i inhalacjami z wody przegotowanej. Nie podaje dzieciom leków z powodu tej jutrzejszej wizyty, mam nadzieję poczynić testy i wreszcie ustalić, czy mam alergika/ów na stanie, czy też może nie.

Walczę też z ilością wiedzy do przyswojenia, czasowniki nieregularne i regularne hiszpańskie, wypowiedzi pozornie spontaniczne, literatura (tym razem angielska), gramatyka i phrasal verbs, syntax cudowny oraz setki słów angielskich, metodyka do tego i mam kocioł i kuwetę niczym Sahara przenajmniej bez przesady żadnej.

Kciuki, jak widać, bardzo potrzebne. Z każdej strony. Skąd jesteście?

22:24, chud-sza
Link Komentarze (3) »
środa, 05 maja 2010
rów mariański 2

Tak w zasadzie, mimo, że forma moja sięga dna rowu mariańskiego, to z maturzystami zamienić bym się nie chciała, dziś szczególnie. I z perspektywy czasu i z taaaaakim doświadczeniem, jak słyszę tych świeżutkich studentów po pierwszej sesji, którzy to tak elokwentnie i z mądrością najstarszych mędrców godną rzucają (od lat ten sam tekst, w moim roczniku też tak truli), że po pierwszej sesji będą za maturami tęsknić, bo to lajcik jest, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Kilka(naście) sesji za mną. Żadna nie mogła się równać z maturą. Także, maturzyści, spoko, najgorsze zaraz za Wami.

A my co, przeprowadzeni, fizycznie 12 kilometrów, psychicznie - lata świetlne. Przepłakałam cały poniedziałek przenosząc kolejne kartony, półki, torby, książki, śmieci, rurki, sztućce i szkło. Gdyby skupowano łzy, zbiłabym majątek w dwanaście godzin (a później napisałabym książkę: Jak zarobić milion w weekend). Próbuję się odnaleźć w nowej aurze, Franka kolejny raz oswajam z przedszkolem, mało skutecznie z rana (ryk, szloch i wyrywanie), doskonale po południu "mamusiu, fajnie było w pseckolu, jutjo tes pójde i nie bende płakau".

Za tydzień alergolog, szukamy przyczyn kolejny raz.

09:32, chud-sza
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 maja 2010
to już maj...

i pachnie Saska Kępa?

Nie wiem, w stolicy nie bywam za często, ostatnio ze dwa lata temu może przelotem. Prowadzę dość ustabilizowany żywot pracującej pani domu z dwójką rozkosznych, wiecznie zainfekowanych (zalergizowanych??) dzieci, z dość trudnymi i wymagającymi studiami, z aspiracją do stypendium naukowego, z rozbudową domu na karku, także wyprawy do stolicy to wyprawy zbyt odległe.

Zaczęłam weekend od pijaństwa, tradycyjnie, jak co roku, będę błagać o jego zakończenie rychłe w obawie przed kompletną degenaracją wątroby, ale jak tu nie pić, kiedy Sąsiadka z dnia na dzień traci pracę, ekipa budowlana przekłada rozpoczęcie robót o trzy dni, sesja się wygodnie rozsiada na kanapach, które jeszcze stoją, ale to już ich ostatnie godziny w tym miejscu, na cztery miesiące muszę się przeprowadzić do rodziców, któzy kochani i gościnni, ale nie, na Boga, na tak długo. Także, rozumiecie, czerwone wino południowoafrykańskie, bdb z plusem.

Mąż wybył do Łodzi (on przecież nie jest panem domu, nie studiuje, dziecięce choroby przyjmuje z dobrodziejstwem inwentarza, co oczywiście nie znaczy, że się nie martwi, ale przeżywa to o niebo mniej emocjonalnie, on może się wypuszczać ciut dalej) na mecze siatkarskie, wesoły samochód stworzyli, ekipa moich rodziców i brata wraz z mężem moim i szwagrem, nie wiem, ile butelek na głowę im przypadło, żołądkowa gorzka pany.

No i co, moi drodzy, wynika z tej notki?

Kto pije i pali, nie ma robali.

Ot.

14:00, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 28 kwietnia 2010
Lokalny patriotyzm

Nie mogę się nie podzielić, choć nie wiem, czy zdążycie, bo ten kawałek tylko dziś.

http://happypillsband.wordpress.com/

Nasza poznańska reaktywacja uważam na naprawdę fajnym poziomie, słucham któyś tam raz, wpada w ucho i głos dość elektryzujący.

A teraz, wybaczcie, gdyż muzyka muzyką, ale Espanol Espanolem i czas ir estudiar, czy jakkolwiek to będzie. Matko, ta sesja, okoniem mi w gardle staje jej zaledwie perspektywa, nie wiem, czy mi się makrela albo karp królewski w gardle zmieści, jak już nadejdzie zaiste. Nic, co nas nie zabije, to nas wzmocni, nes pas?

 

21:23, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15