RSS
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Ach, co to był za ślub...

A u nas przeprowadzka w toku, także mam w domu bagno. Wygląda wszystko koszmarnie, puste regały cieszą roztocza zalegającym kurzem, pustoszeją też półki w szfie ubraniowej, znikają ze ścian obrazki, cały ten proces trwa od kilkunastu dni, w domu lada chwila zagości echo (ale nie na długo, dwa dni później przyjdzie ekipa i zedrze dach, dzięki czemu echo pryśnie).

Ja tym czasem regeneruję siły po maratońskim weekendzie, na ten przykład wczoraj zaczęłam zajęcia o 8 a skończyłam po 20, światła dziennego niemal nie ujrzawszy, to znaczy trochę przez okno, wię się nie liczy), w sobotę natomiast po zajęciech, o godzinie 9.20 RANO byłam na ślubie przyjaciół (nie ma tu ani ciut przekręcenia, poszłam na 8 na syntaks, byłam godzinę, biegusiem w szpileczkach na rynek i ziuu szampan przed 10 rano, sto lat i gorzko). A na ślubie sami znajomi z uczennicą włącznie, a także koleżankę sprzed lat, znajomych z poprzedniej pracy, poznałam świetnych ludzi, z którymi mam nadzieję utrzymać znajomość, weekend pełen dobrych wrażeń (bo co Wam będę pisać, że na uczelni sajgon, że ciarki po plecach mają używanie na samą myśl o tym, co za chwilę, że brak informacji, że się wysypują, że wpadki i nieporozumienia). Magazynuję energię, będzie kluczowym czynnikiem pozwalającym przeżyć kolejnych kilka miesięcy.

20:28, chud-sza
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 kwietnia 2010
Szczerbate szczęście

Zosi w międzyczasie wypadły dwa zęby. Wróżka Zębuszka przybyła wtrymiga, późną nocą odbywszy do bankomatu wycieczkę, gdyż jedynka dolna lewa raczyła była bowiem wypaść tuż przed snem, już po kąpaniu, niewdzięczna. W międzyczasie stała się też alergiczką na wziewnym pulmicorcie, sama radość, mówię Wam, czytać te ulotki informacyjne. Z drogiej strony: jak nie czytać.

Rozdarta jestem koszmarnie pomiędzy wielkimi obawami (skąd lekarka wie, że to alergia, skoro wszystki dotychczasowe zapalenia oskrzeli leczone były z sukcesem antybiotykiem? z sukcesem znaczy, że w ciągu kilku dni o chorobie nikt nie pamiętał; skąd lekarka wie, że to alergia, skoro wszyscy równo chorowaliśmy na katar i kaszel, Frans z zapaleniem oskrzeli lekkim leczonym wyłącznie homeopatycznie także z sukcesem? tak, tak w ciągu miesiąca drugie zapalenie oskrzeli...) a opiniami sterydoentuzjastów, którzy się prześcigają w opowieściach, jak to ich pociechy w wyniku hormonoterapii przestały chorować. Tonący brzytwy się tzryma, jak mawiają.

Jestem też pełna rozmyślań o tym, jak świat jest mały, kiedy codziennie o podobnej godzinie, w podobnym miejscu mijam te same samochody jadące w stronę przeciwną, jak martię się, że ich nie ma, czy może coś się stało, jak wspominam nasze spotkanie z serdeczną koleżanką w Pradze (czeskiej) kilka lat temu na zmianie wart w killkutysięcznym tłumie (teraz pracujemy razem i widujemy się codziennie, wtedy widywałyśmy sporadycznie i akurat tam w samo sierpniowe południe) i którą ostatnio spotkałąm na światłach w naszym mieście, w sobotni wczesny wieczór, samochód obok samochodu, uśmiałam się do łez. A zaraz potem doganiają mnie myśli, że świat jest przeogromny, że ludzie nie mogą się spotkać, łosoś norweski na czas trafić na stół a poczta do adresata, gazety do kiosków i wakacjowicze do swych destynacji i jak zależni jesteśmy od natury i jak odległości nabrzmiewają w obliczu trudności z komunikacją lotniczą.

Jakoś z tego wszystkiego nie mogę się otrząsnąć, nie potrafię strzepnąć ciężkich hantli ciążących na ramionac i biec dalej. Nie umiem.

 

19:39, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 kwietnia 2010
co napisać, kiedy słów brakuje?

mijają godziny, doby już, a ja nadal nie potrafię tego ogarnąć, nadal żyję jakby obok, a to, co mnie otacza i spod czego nijak się wyrwać, jest jak obraz surrealistyczny. Widzę i nie rozumiem. Widzę, ale to zupełnie nie pasuje do mojego obrazu świata.

Inna perspektywa.

Inny świat.

Inna bajka.

I jakże mnie wkurza robienie z tego newsa. Bo Obama, bo Putin.

Żal niewypowiedziany i ból nie do opisania Rodzin. Sierot, żon, mężów, matek i ojców, przyjaciół. Koszmar nadchodzącej codzienności. Bo zaraz znów wyemitują komedię, dyskoteki wypełnią się ludźmi, życie będzie się toczyć, i co roku 10 kwietnia telewizja wspomni, radio zanuci, a życie będzie się musiało toczyć...

21:19, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 kwietnia 2010
.

.

nie mogę w to uwierzyć.

nie miałam pojęcia, że coś może tak mną wstrząsnąć.

nie chcę popadać w patos.

to po prostu niewyobrażalne.

modlę się.

12:28, chud-sza
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 kwietnia 2010
nie o tym miałam.

Po świętach najlepszego!

Jakaś ta wiosna lekko lipna, no ale przecież słońce świeci. Jezu, jaki mam katar, to nie mogę. Trzy czwarte naszego stanu osobowego jest zainfekowane, ale nie zamierzam o tym pisać, bo się tu rozkleję, że drżę, czy kolejny kaszel nie zmieni się w płuca, co jeszcze mogę zrobić, dokąd jeszcze pójść, co jeszcze podać i czego spróbować. Bywam bezradna i często płaczę. Dużo się też modle, choć może to nie pasuje do treści tego bloga.

No i mój Boże, nie miałam o tym pisać, nie wpadać w egzaltację, nie odkrywać kart, nie obnażać, nie ulegać nadmiernemu ekshibicjonizmowi. Popłynęłam z prądem osobistych obaw i lęków, natręctw i słońce specjalnie mi nie pomaga.

Zen trudno osiągnąć, spokojna tafla jeziora nie jawi się jakoś na horyzoncie. Trudno, no, życie znów. I tak dalej.

18:03, chud-sza
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 marca 2010
spacerkiem

Oprócz listopada najbardziej lubię spacerować w marcu. Ten cudowny wietrzyk orzeźwiający, słońce gdzieś w (daleko odległej) oddali, cód miód malina. Wiem, zaznałam. Przeszłam się przez miasto w piątek (jeszcze przed kolejnym atakiem zimy, który nastąpił wczoraj i znów dziś, ach ach, jak cudownie). Warta, szeroka, jak Bóg dał (albo raczej człowiek uregulował) od wału do wału. Szybkim nurtem zabiera wszystko z tarasów spacerowych, także wiecie, zapach iście naturalny (i tak mi na myśl przychodzi podróżnik Kamiński, który to się Wisłą do Bałtyku spławia i z darów Wisły korzysta, nie ma się co łudzić, iż Wisła psich i krowich odchodów nie zagarnia, mam nadzieję, że filtry ma dobre. Skutecznie zatrzymują kał, mój Boże). Trawersowanie po chodniku pomiędzy kolejnymi resztkami i pozostałościami i tym, co spod śniegu oczom przechodniów się ukazuje, też jest ryzykowne. Miasto, mówiąc w skrócie, jest idealnym celem rodzinnych wędrówek. Dlatego włąśnie marzec uwielbiam. Równie intensywnie, jak listopad.

A dzieci już zdrowsze, kontrola jutro, jestem pełna (obok obaw i paniki) nadziei, iż złe już za nami.

Szykuję strategię wzmocnienia. Kolejną.

21:08, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 marca 2010
...

Moje macierzyństwo nabiera rumieńców. Odkrywa nowe oblicza. Nie daje o sobie zapomnieć.

Kaszel dzieciom nie ustawał, postanowiłam więc wykluczyć zapalenie oskrzeli.

U Franka nie udało się wykluczyć.

U Zosi zdiagnozowano obturacyjne zapalenie oskrzeli, a po rentgenie także odoskrzelowe zapalenie płuc.

Mam więc torbę leków (szczęśliwie obywa się bez szpitala i zastrzyków) i milion wątpliwości.

Siwe włosy zaczynają się na mioch skroniach panoszyć. Depresja tryumfuje.

10:10, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 marca 2010
przedwiośnie

Głoszą wszem i wobec, że mamy oto typową dla polskiej strefy klimatycznej porę roku. To tłumaczy może fakt, że o dwudziestej pierwszej osiem padam na pysk i z trudem podnoszę powieki po kolejnym mrugnięciu.

Chyba napiję się kawy (przeskoczywszy najpierw garaż, tor przeszkód, dwie miski służące za ruletkę, klocki, karton po puzzlach, stos chusteczek higienicznych oraz pudło z kredkami), ale ale, moje dzieci waąśnie (bez strat w ludziach i zastawie) opróżniły zmywarkę. Co oznacza, że kawy napiję się z kubka umytego. Inicjatywa niegrzeczne mamuśki (wspomniana dziś w mediach) jest chyba dla mnie stworzona.

12:26, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 marca 2010
life goes on

Życie po trzydziestce nie zmienia zasadniczo swojej jakości. Wory pod oczami tudzież inne części ciała nie ciągną ku dołowi zauważalnie bardziej. Stan cery nie ulega dratycznemu pogorszeniu. Dzieci nie szanują nagle z większym szacunkiem należnym wiekowi.

Cóż, no, ani narzekać ani w euforie wpadać.

Kaszle, kaszle i katary, zwolnienie lekarskie, życie...

20:12, chud-sza
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 lutego 2010
pre-weekendowo

Odczuwam pierwszy w tym semestrze deadline panic. Co może być zaskakujące, gdyż ten semestr jakoby jeszcze się nie rozpoczął.

Zaczynam jutro, co dwa tygodnie maraton weekendowy, 5 godzin w piątek, dwanaście w sobotę, dziesięć w niedzielę, jest cudownie, prawda, kontener czekolady w drodze (a propos - milka karmelowa jest obecnie moją absolutną faworytką, aż szkoda, że już umyłam zęby).

Piękny dzień za nami, słońce, ciepło i tylko te prognozy, że już w środę wróci to paskudztwo, mnie przerastają.

Mam za to krwisty mani i pedicure, streszczenie klasyki pod pachą i całą mas dobrych chęci. Piekło  mogę odremontować.

Dobranoc Państwu. Miłego weekendu życząc odmeldowuję się. Odezwę się zapewne już po urodzinach (tak, spędzają mi sen z ócz te urodziny, jak żadne...)

23:07, chud-sza
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010
pozory mylą

W zasadzie zima w lutym zaskoczyć mnie nie powinna. A jednak. Zastała mnie gotową na len, jedną nogą w półbucie. Bawi się w jakąs koszmarną ciuciubabkę. Wiosna upozorowała swoje entree tylko po to, żeby uprzejmie ustąpić miejsca zimie, która wykorzystała kolejną szansę i hojnie rzygnęła śniegiem. Spowodowała tu, w zachodniej Polsce, nielekki paraliż komunikacyjny. U mnie dodatkowo jeszcze paraliż psychiczny, ciężko mi się funcjonuje w takich warunkach.

Dosięga mnie zapewne przesilenie wiosenne, tylko gdzie ta wiosna? Prognozy pogody krzyczą o kolejnych opadach śniegu przebrzydłego, w ogóle syf i syf i malaria

.Pies w lesie ciągle brodzi w śniegu po kolana, tylko w mieście zima wydaje się być w odwodzie, tu na przedmieściach, jest całą sobą, w pełni, uśmiechnięta i zapewne zadowolona.

Moja przyjaciółka skończyła niedawno te swoje trzydzieści.

Własna data urodzin depcze mi po piętach. Do krwi obciera codziennie. Może stąd to zamieszanie w głowie i w bebechach ach ach...

 

20:36, chud-sza
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 lutego 2010
boli.

Zosia co dzień prosi o jedną godzinę. Przyjdź o trzeciej, mamooo. Nie, Kochanie, będę tuż po drugiej. Ale maaamooo, no daj mi godzinę, nigdy nie mogę się wybawić.

Franek co dzień robi sceny. Dziś krótszą i mniej widowiskową, on z kolei rozliczałby mnie z minut, gdyby potrafił, oczywiście. O drugiej i ani minuty później, mówiłby, gdyby rozumiał upływ czasu i symboliczne kreski na zegarze.

Tato mój na pytanie o samopoczucie, opowiada o pogodzie. Dwie wizyty na pogotowiu w ciągu tygodnia. Gastroskopia. Lęk i obawa. Lipny ten początek.

Może więc uznamy, że to końcówka i razem z zimą wszystko odejdzie. Tak?

TAK???

 

20:19, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2010
nadchodzi.

Zachęcona dość zuchwałą prognozą pogody usłyszaną wczoraj w TVN, dokonałam dziś rewolucyjnej zmiany w garderobie - nie ubrałam po raz pierwszy od dwóch miesięcy rajstop pod spodnie. Po kilku godzinach uznałam swą decyzję za cudowną - doceniłam, że nic nie swędzi, że ruchy swobodniejsze, że, w końcu, wiosna naprawdę jest już za zakrętem.

Acz, nie powiem, trochę już przywykłam do poruszania się w śnieżnych tunelach i dziś poczułam lekkie zaledwie zawachanie, czy na pewno trafię do domu bez dżipiesa w postaci zmarzliny na poboczu. Jak widać - dałam radę.

Franek narobił, swoją drogą, takiego wrzasku w przedszkolu w momencie mojego wyjścia, że wiosna zostałą zapewne zauważona w sąsiedztwie i szerszych okolicach.

Także - jest, choć przyczajona, ale naprawdę coraz bliżej. Pani W.

22:09, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lutego 2010
popołudniowe sensacyjki

Franek tej zimy, która nieubłaganie dobiega końca, zyskał cenne trzy centymetry. Ich jakość jest nie do przecenienia, może dzięki nim samodzielnie zapalać światło, może bez trudu i łaski otwierać szafę z naczyniami, uchywtu której dotychczas nie sięgał. Kiedy, ach kiedy, mój mały syneczku przekroczyłeś tę magiczną granicę i Twój wzrost zaczął się wyrażać liczbą trzycyfrową?

Zosia natomiast, bez tak znaczącego skoku wzwyż, acz także zauważalnego, oswojona z myślą, że krzyk, inwektywy i histeria nie robią na nas specjalnego wrażenia, ulega chwilowym pozytywnym transformacjom i jest słodka niczym lukrecja, dobra, chętna nieść pomoc i nawet deklaruje umycie mojego auta, gdyż, mamusiu, jest brudne.

Jutro przedszkole po czteromiesięcznej pauzie. Już boję się infekcji. Taka już ze mnie matka.

Za tydzień kolejne urodziny, trochę odmienne niż zwykle. Trochę zmieniają początek. Kolejna dekada, kolejne zmarszczki, dobrze, że wiosna blisko, chyba wpadłabym w depresję.

18:47, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010
wpływ sesji poprawkowej.

Powolutku i nieubłaganie dogania mnie myśl, że wszystko, także sesja poprawkowa, która szczęśliwie mnie nie dotyczy, ale która czyni mi wakacje, dobiega końca. Za tydzień z hakiem pozbędę się weekendów, a przynajmniej co drugiego. Jednak, co może budzić zastanowienie, nie żałuję. Na uczelnię wybywam biegiem, sama, z myślą o smacznej czekoladzie z automatu, przyjemnym spotkaniu towarzyskim i jakimś tam skrawku wiedzy, który bez wątpienia przyswajam.

A tymczasem - odwilż nadchodzi, u Was też? Pokrywa śnieżna ulega degradacji, chlapa jest jeszcze do opanowania, ptaki swoje trele odstawiają coraz głośniej, nie chcę zapeszyć, nie chcę wystraszyć, z pewną taką nieśmiałością i dużą obawą konstatuję, że wiosna coraz bliżej. Może wyłącznie w głębokich pragnieniach, ale już jakby bardziej realna.

Dziś Wino truskawkowe na canale plus. Z winem i pół litra lodów Grycan malaga, że zareklamuję bez profitów, zasiądę i zakończę karnawał z przytupem Stasiukowi charakterystycznym.

18:59, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 lutego 2010
już.

Syndrom zimnych stóp.

Dwie suszarki pełne prania.

Kolejna pralka w drodze.

Śnieg po próg samochodu.

Nic się nie zmieniło po mięsiącu nieobecności.

Wróciłam.

22:13, chud-sza
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 lutego 2010
Having the time of my life

W sumie rzec można, że odpoczywam. Larsson wchłonięty, z rozkoszą rozchyliłam świeżutko nabytą Oates wwąchując się w farbę drukarską i znów czytam.

Owszem, nieco mnie przytłaczają zaciśnięte na mojej szyi dwie pary rąk i oplatające mnie cztery nogi i kłótnia, czyją mamą jestem bardziej, mam wrażenie, że ten niespełna już miesiąc poczynił trochę spustoszenia w naszej, tak zwanej, rutynie. Przedszkole czterech miesiącach to przedszkole od początku dla Franka w zasadzie. Odmawia konsekwentnie powrotu do placówki. Zosia natomiast liczy dni, doczekać się nie mogąc.

W tej perspektywie dziecko numer trzy na sporą chwilę jest zawieszone. To tak w kontekście notki poprzedniej. Po prostu odwiesiłam opcję never, nic więcej.

Z pewną niecierpliwością posyłam dzieci do łóżek licząc na chwile (dwie, trzy może) dla siebie. Mąż, jak pogotowie, miał spędzać z nami czas, a jeździ zważąc drzewo, zjeżdżając, robiąc zakupy, naprawiając drzwi, zawożąc cośtam komuśtam, w efekcie - głównie go nie ma, nie, nie robi mi to różnicy W OGÓLE.

Odpoczywam. Przecież odpoczywam.

20:55, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lutego 2010
consensus

Doszliśmy z ojcem nieletnich do wspólnych wniosków nasuwających sie niejako samoistnie.

Po tylu wspólnie spędzonych latach - najwyższy czas, rzekłabym.

Wnioski i konkluzje dotyczą kolejnego potomka.

Nie, nie, nie. nie spodziewamy się go w jakieś nawet odleglejszej przyszłości (acz A BO TO KTO WIE???), ale to wspólne dotyczy, że obojgu nam żal tego, co już u naszych dziecioków odeszło w siną dal, ale i oboje mamy średnią ochotę na powtórkę z rozrywki. Ciążę, pieluchy, trudy laktacyjne, zarwane nocki, brak komunikacji itakdalejitakdalej.

Zatopiona ostatnio w archiwum zimnoblogu czytam i czytam i z podziwu wyjść nie mogę i zdecydowanie mówię never say never, no bo w końcu co, kurcze blade (tak, idziemy jutro rodzinnie na "Mikołajka" w końcu, na prowincji emitowany jest w tenże weekend). Jeszcze niedawno (być może to wpływ sesji, a może zimy) never again i to z wydatnym przytupem było moim motto życiowym, nogi na krzyż i wydałam CAŁY absolutnie ekwipunek niemowlęcy gęsto ściełający nasze 50m2.

Kilka tygodni czyni jednak różnicę. Za kilka tygodni, jednakowoż, odniosę się do tych kwestii, z niejakim prawdopodobieństwem, z dużą dawką humoru. Zobaczymy.

 

21:19, chud-sza
Link Komentarze (1) »
środa, 03 lutego 2010
agenda

Będąc na wakacjach mam takie przeogarniające uczucie, że nie mogę zdążyć. Bo mamy tu łyżwy_sanki_narty_grotasolna_kąpiele_spacery_kulig_agenda. Nie ma czasu na specjalne rozczulanie się nad katarami (dopóki dosięgają pełnoletnich, a dopadły już chyba wszystkich pełnoletnich). Dopiero kiedy rzęzić zaczyna Zosia, ogarnia mnie niepokój. Ale jest dobrze. Kaszel ucieka, syrop z cebuli, może te inhalacje solne, nie wiem, coś pomogło i kaszel w oskrzela raczej nie przeszedł ani na krtań.

Kulam się wieć z moim licznym potomstwem po podłodze, gonimy się bezdźwięcznie, karmimy naturalną witaminą c, układamy puzzle 1ooo elementów któryś_tam_dzień, zapamiętujemy memo, łaskoczemy sie zapamiętale i masujemy bańką chińską, wymiennie.

Mój wewnętrzny imperatyw odciąga mnie od książek pnących się wysokim stosem na parapecie. Mówi mi (a nawet wrzeszczy!), że teraz właśnie jest czas dzieci. Odwdzięczam im się więc hojnie za czas darowany mi podczas sesji (i nie tylko), więc teraz, kiedy nic mnie nie pogania, nic nie czeka, nic nie wisi, a pojęcie deadline panic jest tak niezrozumiałe, jak lato w pełni, pochłaniają mnie bez żalu zabawy i poziom podłogi.

Fajne mam dzieci, naprawdę.

11:24, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 stycznia 2010
mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Kto miał do czynienia ze środowiskiem sibiradiowców? Ja ostatnio bardzo sporadyczne. Łącznie na przestrzeni sześciuset kilometrów na oko. Po około dwustu ośmielona przez kierowce dorwałam się do mikrofonu (ach ach, ten samozachwyt nad pięknym  wokalem, dykcją i frazą, pracowałam w radio przecież, ach ach). I jakież było moje zdumienie, kiedy na moje dźwięczne (wdzięczne) "witam koledzy, jak droga na Wrocław? (tak mnie poinstruowano) usłyszałam równie wdzięczną ciszę w eterze? Jakież było moje zdumienie, kiedy trzysta metrów dalej moje pytanie powtórzył mniej dźwięcznie-wdzięcznie mężczyzna i zaraz odpowiedź otrzymał ("czysto masz, dopiero na sto drugim siedzą misiaki i suszą, szerokości").

Dokonawszy wywiadu i ogólnego rozeznania okazało się, że kobiety posłuchu w tym środowisku nie mają.

Co  za szowinistyczna profesja.

Albo po prostu brak wychowania.

Ewentualnie brak umiejętności usłyszenia dźwięków nadawanych na pewnych częstotliwościach.

Whatever.

18:15, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
znak czasu

Jako,że skończyłam pomyślnie sesję, podczas gdy inni zaledwie ją zaczynają, skończyłam semestr (chciałam napisać sezon i może wcale dalekie od prawdy by to nie było) trzeci ze skutkiem wielce zadowalającym, udałam się do sieciowego sklepu powiedzmy, że księgarskiego i wydałam fortunę. Miesięczne stypendium. Powiedziałam panu z obsługi, że jeśli natentychmiast nie doprowadzi mnie do Szymborskiej (a kierowałam się z pytaniem już z naręczem woluminów) to narazi moja familię na szybkie acz niechybne bankructwo. Oczywiście po drodze od Szymborskiej stosik na mym przedramieniu urósł o Stuhra historie rodzinne. Ten sam pan, który litościwie wskazał mi drogę do Szymborskiej, podliczał mnie przy kasie, pocieszając, że wybrałam same dobre rzeczy (wiem, tyle to ja sama wiem, staram się).

Także stos na parapecie kudowskiego mieszkania, które zajmuję, wzbogacił się o Larssona, Struhrów, Mikołajka, podczytywanego dzieciom z wdzięcznością, że są tak łaskawe, że mogę studiować i osiągać względne sukcesy, Wielkie nadzieje i Portret Doriana Grey'a.

Teraz czytam, chłonę, wącham świeży druk, głaszczę i dopieszczam szeleszczące paginy i delektuję się.

A dziś mija siedem lat (konkretnie właśnie w tej chwili, to było chyba o 17.30 w lokalnej mi wtedy parafii) od kiedy mój mąż i ja przed Bogiem i ludźmi obiecaliśmy sobie wieczność. Wzrusza mnie ta myśl niezmiennie od siedmiu lat. Od siedmiu lat (a w zasadzie od niemal dwunastu) każdego dnia kocham cierpliwiej i mocniej. Dojrzalej i szaleniej jednocześnie. W pełni.

 

17:17, chud-sza
Link Komentarze (3) »
sobota, 16 stycznia 2010
na końcu świata

Powinnam się uczyć. I nawet miałam względne warunki - kawa, wcześniej śniadanie do łóżka przygotowane i podane przez tę niby_podlejszą progeniturę (dzień z tych parzystych - harmonia, ład i zen) ale mąż mnie na manowce chciał i z ciastem na talerzyku zaprosił na projekcję powtórki "Kobiety na końcu świata". Początek był zabawny, choć Boliwia, bieda i przemoc. Ale hiszpański, powtórki, śmiałam się, że mam przyjemne z pożytecznym... a następnie nastąpiły zapasy w stylu wolnym, jakiś koszmarny facet zaczął okładać na oczach ubawionej setnie widowni żądnej igrzysk (na chcleb raczej brakuje) kobietę, tłukąc ją niemiłosiernie, rozbijając głowę o kant futryny i tarmosząc po ziemi za warkocze, rozbiwszy na niej wcześniej plastikowe krzesło w drzazgi. Reszty nie widziałam, wibiegłam z pokoju rozpłakana z emocjami, o których nie miałam dotąd pojęcia. Miałąm ochotę wrzeszczeć, że jak mogą tak patrzeć bez reakcji, jak mogą to pokazywać, jak mogą akceptować krew ciurkiem kapiącą o jedenastej w południe. Tylko do kogo miałam krzyczeć? Kto mógłby zareagować? I tak - ani nauki, ani kawy, okradkiem zduszony szloch i refleksja na blogu i bezsilność i jakieś mętne wspomnienie pojęcia "relatywizm kulturowy" na którymś tam roku socjologicznych studiów...

13:00, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010
bunt czas zacząć.

Dziecko nam sie niemożebnie znarowiło. To starsze, rozsądniejsze, mądrzejsze i w ogóle. Po kolejnej aferze, która niechybnie skończyłaby się trzaskaniem drzwiami, gdyby takie w naszym domu między pokojami były (a, jak z łatwością można skonstatować, nie ma), sięgnęłam po zakurzony poradnik, który koił dotąd me skołatane nerwy, wyjaśniając, iż to FIZJOLOGIA i należy przetwać. Tym razem także. Magiczny czas buntu sześciolatka zaczyna się w wieku lat pięciu i pół, kiedy to poukładane co nieco dziecko z anioła staje się nie_nasze.

I nie no, przecież nie damy się fizjologii, nie dopuścimy, żeby nasze dziecko miało zwichrowaną osobowość, bo mu się nie daliśmy zbuntować w stosownym czasookresie, ale wizja uwaga miesiąca beż męża podczas pobytu pseudo sanatoryjnego (tak, owszem, będę kurwacjuszką, w okolicznych obuwniczych wypatruję co lepszych białych kozaków na wysokiej szpilce, by sie po parku zdrojowym przechadzać z przeprostami) z dzieckiem na wskroś zbuntowanym co dzień dugi (bo w kolejne przeprasza i ćwiczy epistolografię tworząc koszmarnie fonetyczne i nieortograficzne  peany na cześć skrzywdzonych dzień wcześniej protoplastów) mnie nieco tylko peszy.

No ale nic, nikt nie mówił, że będzie miło i przyjemnie.

Tymczasem walczę z sesją, tu czwórka, tam czwórka, tu piątka, tam czwórka z plusem, choć na tym polu jako tako, że się nieskromnie pochwalę. Dziś też egazmin miałam, a konto zaliczenia sączę rum z kolą, jest dobrze.

Jutro wieczór z dziewczynami. Może nie osiwieję. Może.

23:06, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 stycznia 2010
oryginalna dziś nie będę

kiedyś to były sylwestry...

jak nas wschód słońca zastawał na przystanku autobusowym, a środek lokomocji jak widmo, ani go słychu ani widu.

albo kiedy coraz to nowe persony wchodziły do mieszkania moich rodziców, które mi niechybnie i z pełnym zaufaniem powierzyli na kameralne party, strop trzeszczał niebezpiecznie, a najmłodszy nielat, na oko piętnastoletni, przeholował z piwem i ... efektów Wam oszczędzę...

dziś natomiast, mili Państwo, grzecznie acz stanowczo w okolicach drugiej.dziesięć zwoływałam me nieliczne potomstwo i namawiałam na zmianę lokalu (czyli pokonanie furtki zaledwie) i nie bez oporu obułam je w odzienie stosowne, żeby do domu zawlec. A w domu (matka trzeźwa, żeby nie było, ojciec też w dobrym stanie) Franc pojechał tymi słowy: "co by tu pojobić jeście?"

Zofija, świadoma efektów niedospania, zwlekła z gónej części łóżka piętrowego swe wytańczone członki o jedenastej z minutami, przeniosła się jadnak jedynie z własnych pieleszy w nasze. Już około trzynastej, bez pośpiechu, po pysznym śniadaniu do łóżka przez mężczyzn podanym, byłyśmy gotowe odziać się odpowiednio do aury i udać na sanki.

Obiad też minął leniwie, jak i mija popołudnie, zwłaszcza, że książki do hiszpana tworzą wysoki stos, który zamierzam zaraz rozdrobnić.

Czyli Nowy Rok nic nowego nie wnosi w moją czasową gospodarkę. Nauka, panie, nauka.

17:59, chud-sza
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 grudnia 2009
żeby było...

...dobrze.

żebyście byli...

...dobrzy.

i poszła robić się na bóstwo,żeby w wygodnych pantoflach za godzinke pofrunąć po śniegu za płot do sąsiadów. Doskonałe towrzystwo, dzieci z nami, nawet wężykiem trafimy do domu!

17:30, chud-sza
Link Komentarze (1) »